Jest dziełem życia słynnego angielskiego ogrodnika Williama Robinsona. Nieuczesany, naturalistyczny i dziki. Jego twórca uważał, że nie wolno przyrody wtłaczać w sztywne ramy rabatek.

 

Był jak Robinson Crusoe na bezludnej wyspie. Otoczony morzem wiktoriańskich ogrodów krajobrazowych i oranżerii z egzotycznymi roślinami, monumentalnych i dopracowanych w każdym calu, których właściciele zbili fortuny podczas rewolucji przemysłowej, miał czelność nawoływać do zmiany przyzwyczajeń i... skali.

Zachęcał do zakładania niewielkich ogródków pełnych swojskich, wiejskich roślin. Nie znosił ciętych nożycami topiarów, fontann, rzeźb. Ogrody przy domach miały być dzikie, a rośliny powinny rosnąć w naturalnym środowisku, a nie w sztucznie stworzonych mikroświatach pod szkłem.

 

BUNTOWNIK W OGRODZIE

 

Początkowo nikt nie słuchał młodego zbuntowanego ogrodnika – do tego temperamentnego Irlandczyka – który burzy angielski porządek w napuszonych ogrodowych wiktoriańskich imperiach. Na szczęście do samozwańczego Robinsona dołączyli artyści z ruchu Arts and Crafts, z którymi bardzo się przyjaźnił. Jego idea wiejskich ogrodów przypadła do gustu przeciwnikom masowej produkcji, którym zależało na ratowaniu ginącego rękodzieła i propagowaniu naturalnych motywów w sztuce.

 

Za pieniądze z książki „The Wild Garden”, którą wydał w 1870 roku i z artykułów pisanych do czasopism ogrodniczych Robinson kupił posiadłość Gravetye Manor z elżbietańskim domem w Sussex i zabrał się do sadzenia roślin w zgodzie ze swoimi ideałami. Ale to następna książka – „The English Flower Garden” (bestseller wszech czasów, biblia dla ogrodników amatorów i profesjonalistów) – wywołała rewolucję. Kochający ogrody Anglicy nagle okazali się lokalnymi patriotami i zaczęli sadzić przy domach bodziszki i aksamitki zamiast palm i cytrusów. Wiele z tych dzikich ogrodów zaprojektowała przyjaciółka Robinsona, malarka i ogrodniczka Gertrude Jekyll. Dziś cottage garden są wizytówką wyspiarzy. Aż trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od Irlandczyka Williama Robinsona.

 

Ogród zimowy jako temat obrazu

 

A jak ta zielona rewolucja wyglądała u niego w ogrodzie? Piękno i dobro roślin były tu najważniejsze. Nie wtrącał się, pozwalał im żyć samodzielnie, bez nieustannej opieki, przesadzania, bez ciągłego strzyżenia. Nie przepadał za geometryzowaniem klombów, wolał bezpretensjonalne, naturalne kompozycje.

 

Gdy był już staruszkiem, jeździł po swoich włościach na wózku inwalidzkim obładowanym workami nasion. Siał kwiaty z ręki, jak zboże na polu. Nigdy nie planował miejsca dla każdego z osobna. Ogrody dziki i krajobrazowy mogą jednak żyć obok siebie. Wystarczy spojrzeć przez okienko w murze na oszronione łąki z owcami, ze stawem i drzewami w oddali. Trudno wymarzyć sobie zimą piękniejszy temat obrazu.

 

>> Zobacz też: Ogród jak ukryty klejnot << 

 

Tekst: Joanna Halena, Kathryn Bradley-Hole

Zdjęcia: Marianne Majerus

reklama