Nie trzeba palić fajkowego ziela, żeby przenieść się do cudownej krainy hobbitów i zobaczyć, jak piękna potrafi być wiosna. Wystarczy odwiedzić Painswick.
 

Tylko bez szaleństw

 

Gdyby nowi właściciele Sheephouse w Painswick postanowili przeprowadzić jakiekolwiek rewolucyjne zmiany w ogrodzie otaczającym ich pięćsetletnie domostwo, pewnie nie byliby mile widzianymi gośćmi na sąsiedzkich piknikach. Każde, nawet najmniejsze szaleństwo odebrano by natychmiast jako zamach na świętą tradycję. W końcu turyści przyjeżdżają tu po to, żeby zobaczyć angielską wieś sprzed kilkuset lat, a nie dizajnerskie wybryki.

 

Jak z obrazka


Cotswolds, w którym leży majątek, nazywane jest sercem Wysp. To idylliczna kraina pełna domków, stodół i plebanii ze ścianami zbudowanymi z miodowego wapienia i łagodnych malowniczych pagórków porośniętych szmaragdową trawą. Wzgórza wpisane zostały na listę Area of Outstanding Natural Beauty, czyli Obszarów o Wybitnym Pięknie Naturalnym. Wciąż pasą się tu stada owiec, bo region słynie z najlepszej wełny, a największym wrogiem w okolicy jest właściciel żółciutkiego opla corsy, który ośmiela się parkować swój pojazd przed kamiennym domkiem w Bibury, zaburzając odwieczny ład przestrzenny.

 

Ojczyzna hobbitów


Metryka domostwa państwa Gardinerów też nikogo tu nie dziwi. Budowane z kamiennych ciosów – uwaga, bez cementu! – chałupki wieśniaków stoją sobie spokojnie od 700 lat. Tolkien był Cotswolds tak zachwycony, gdy pracował jako profesor w pobliskim Oksfordzie, że uczynił z niego ojczyznę hobbitów i jednego z bohaterów „Władcy Pierścieni”.

 

Tak, jak chciała natura


Łagodny klimat zielonej krainy sprzyja roślinom. Mnóstwo tu ogrodów, a większość z nich, zgodnie z niepisaną zasadą, nie konkuruje z pięknymi widokami, lecz po mistrzowsku nawiązuje do krajobrazów. Ma być tak, jak natura chciała. Lindsay i Lawrence Gardinerowie mieli więc w pewnym sensie ułatwione zadanie. Było oczywiste, że nie zerwą z tradycją, postanowili jednak podkręcić krajobraz i sprawić, że zachwyci sąsiadów. Na początek poprawili pagórek tak, żeby wiosną bardziej malowniczo spływała po nim rzeka białych i żółtych narcyzów. Żeby widok był spektakularny, sadzą kilka tysięcy cebul! Pod drzewami forsycji piętrzą się skalniaki porośnięte mchem – wyglądają jak porzucone przez morenę czołową, a zostały przywiezione taczką, resztę zrobiły kępy purpurowych ciemierników i mech.

 

Wiosenny romans


Na łysych jeszcze gałązkach rozkwitają magnolie, a pióropusze zeszłorocznych miskantów złocą się w słońcu prześwitującym przez mgły. Złocistoczerwone plamy nad wodą, przy posągu nimfy Galatei, to co roku ścinane derenie i doskonale zimujące bambusy, ostre zielone liście ma juka. Wszyscy czekają, by zakwitła fioletowa wisteria, którą posadzili, gdy tylko kupili posiadłość, bo była marzeniem Lindsay, oraz cudownie pachnąca róża ‘Madame’ Alfreda Carrière’a – odmiana wyhodowana w XIX wieku. Choć z drugiej strony, gdy wybuchnie zieleń, nie będzie już tak romantycznie. Znów trzeba będzie czekać do wiosny.

 

Tekst: Joanna Halena
Zdjęcia: Jerry Harpur/Flora Press 

reklama