Mają lśnić, czarować kolorami, wywoływać uśmiech. 

 


 

Mariusz od rana robi czuby. Ogrzewa szkło nad ogniem tylko kilka sekund, aż zaczyna się rozpływać jak krówka ciągutka. – Ma teraz ponad tysiąc stopni – mówi, delikatnie ciągnąc czerwone z gorąca szkło, które zamienia się w ozdobny szpikulec. Potem ciach, ucina za długi kawałek. Obok Romek wyjmuje z kartonu rurkę, rozgrzewa i dmucha w nią, a ta nadyma się i przez kilka sekund, zanim zastygnie, tańczy jak bańka mydlana na końcu słomki. Przez ułamek sekundy, gdy ogień otula ją złotym płomieniem, wygląda jak kometa z ogonem.

 

W pudełku leżą takich rurek tysiące. Przyjechały z huty w Krośnie. W dmuchalni słychać głównie pufanie maszyn, ale przy skomplikowanych wzorach – czubach, kajaczkach, reflektorkach, zwierzątkach, dużych bańkach albo takich z kilkoma gałkami – urządzenia nie zastąpią człowieka. No bo jak maszynowo tchnąć oddech w świętego Mikołaja?


Z dmuchalni wyjeżdżają zabawki przejrzyste, surowe i nowoczesne. Ale kto by tam chciał takie bezbarwne bombki na choince? One mają lśnić, czarować kolorami, wywoływać uśmiech.


Dlatego nadziane na gwoździki trafią do lakierni. Taśma ciągnie je w barwny deszcz. Jeszcze pani Elwira wstrzykuje każdej do środka sreberko, jeszcze maszyna trzęsie nimi, żeby się równo rozprowadziło, potem minuta pod grzałkami i już wyglądają jak te, które znamy ze sklepu, tyle że bez wzoru.


Część świecidełek jedzie do dekoratorni. Czego tu nie ma: kolorowe brokaty, koraliki, gwiazdki. Agnieszka trzyma sześć czerwonych kul i odciska na nich renifery, które posypuje srebrnym pyłem. Basia rysuje płaskim pędzlem brokatowe pasy. – Wystrzępiłam go sama, żeby dawał ładny wzór – uśmiecha się, oprószając złotkiem bombki. Wkoło aż się roi od zaśnieżonych choinek, misiów, chatek i gwiazdek. Tylko Mariusz rysuje wzór nowoczesny – białe pasy na błękitnym tle, posypane sreberkiem. – Jeśli motyw jest prosty, każdy zrobi dziennie nawet i tysiąc bombek – opowiadają dekoratorzy. – Skomplikowanych góra sto czterdzieści, a olbrzymich kul ze scenkami rodzajowymi, gdzie wszystko trzeba wymalować cienkim pędzelkiem jak obraz – nie więcej niż trzydzieści. Nagle trzask – bańka rozbija się na tysiące kawałków. – To nic, przy szkle zawsze musi być stłuczka.


Od dmuchania do momentu, gdy wyschnie rysunek, mijają góra dwie godziny. W kartonach i na paletach stoją tysiące kruchych świecidełek. Tu mrożone, tam błyszczące, na górze pudrowe, na dole mleczne albo tylko srebrzone, gładkie i ryflowane. Tęcza przy nich wygląda blado i smętnie. Jedne pojadą do Holandii, inne do Niemiec. Tu pudełko dla przedszkolaków, tam dla prezydenta.



Tekst i stylizacja: Anna Ozdowska
Fotografie: Karolina Migurska (współpraca Krzysztof Migurski)
Dziękujemy fabryce szklanych bombek Vitbis (www.vitbis.com) ze Złotoryi za pomoc w zrealizowaniu sesji.

reklama