Zbiera filiżanki, ślubne pudełeczka z herbami, tkaniny. Ma za dużo przedmiotów,  z którymi nie umie się rozstać. O swoim domu opowiada TEssa CapPoni-Borawska, włoska arystokratka, miłośniczka rzeczy pięknych i dobrej  kuchni.  

 

Porozmawiajmy o pani ulubionym miejscu w domu. Czyli o gabinecie?

 

Chce go pani zobaczyć? Proszę, ale jest nieduży i zawalony papierami,  właśnie szykuję się do porządków. Mam tam całą swoją bibliotekę – na prawej ścianie literacko-teologiczną, na lewej – historyczną. I widok z okna jaki piękny – dachy Warszawy, Pałac Kultury, SGH, choć najbardziej lubię patrzeć w dół, na nasz ogródek podwórkowy. Zamykam się tu, jeśli muszę się na czymś skupić, dobrze mi się pracuje. Ale to niejedyne miejsce, które lubię. W jadalni piszę listy, bo tam jest duży stół, na którym rozkładam swoją papeterię z monogramem. Niestety, już mi się kończy, a w Polsce trudno znaleźć kogoś, kto zrobiłby mi nową – chyba będę musiała ją zamówić we Florencji. Ulubiony fotel w kolorze ochry stoi w salonie, z IKEA, z czasów, gdy ta marka właśnie weszła do Polski i  kojarzyła się z nowym spojrzeniem na urządzanie domu. Bardzo wygodny, zarzucam nogi na oparcie i czytam. A czasem zerkam na portret naprzeciwko.

 

Pochodzi pani z Florencji, mąż Jakub Borawski z Warszawy. Jaki jest wasz dom?

 

Goście często mówią, że bardziej włoski przez światło i kolory – pompejańską czerwień, zgaszone żółcie, brązy. Ale są w nim przedmioty i meble z obu kultur, razem go zbudowaliśmy. Mamy z Jakubem mamy podobną wrażliwość, te same upodobania, pasje, spojrzenie na świat. O tu na przykład, na stole w salonie, leży pełno albumów ze sztuką i katalogów wystaw. Wieczorami oglądamy je i cmokamy na te wszystkie piękności. Nie mogłabym żyć z człowiekiem, który nie lubiłby dobrego jedzenia i pięknych rzeczy, zadowalał się byle czym. 

 

Więcej przeczytasz w kwietniowym numerze Werandy.

 

Tekst: Agnieszka Wójcińska

Zdjęcia: Budzik Studio 

 

reklama