Z miłości do domu nad jeziorem Łaśmiady Jerzy Hoffman porzucił cygańskie życie. To na Mazurach odkrył, że nie nudzi się sam ze sobą. Ale przyjaciół wciąż zaprasza. Na brydża, długie Polaków rozmowy i pyszną uchę.

Mówi się, że mężczyzna powinien zrobić trzy rzeczy: zbudować dom, posadzić drzewo, spłodzić syna. Jeśli o mnie chodzi, plan prawie wykonałem.

Postawiłem dom na Mazurach, posadziłem tam drzewa, chociaż moje starania, aby założyć sad owocowy, spełzły na niczym, bo korę na drzewach zjadły zające. Z synem mi nie wyszło, mam za to bardzo udaną córkę Joannę. Mieszka w Stanach, tytułem rekompensaty dała mi dwóch wspaniałych wnuków. Przyjeżdżają tu co roku na wakacje. Starszy, prócz kierunku komputerowego, studiuje też kino, więc może będę miał następcę.

Z domem na Mazurach wiąże się zabawna historia. Kiedy kręciliśmy sceny filmu „Do krwi ostatniej” na poligonie w Orzyszu, mieszkaliśmy pod Ełkiem. Na plan woził mnie ełcki kierowca i ciągle namawiał: „Panie Jureczku, kupiłby pan TUTAJ jakiś dom”. Ja na to: „Panie Janku, po co mi dom? Jestem jak Cygan, prowadzę koczownicze życie. Ale jakby to był dom na wodzie, kupiłbym”, rzuciłem na odczepnego. Rozstaliśmy się, minęło pół roku, jest środek zimy i dzwoni pan Janek: „Panie Jureczku, jest dom na wodzie!”. Pojechaliśmy zobaczyć.

Praktycznie nie było co oglądać: zawalony dach z trzymającą się na włosku górą, popękane ściany i fundamenty. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale nawet zimą to siedlisko nad samą wodą robiło wrażenie. Wszystko zacząłem budować od podstaw i to w czasach, kiedy nie można było dostać ani gwoździa, ani deski. Jeździło się i wyszarpywało różne rzeczy ze sklepów – każda umywalka przyjechała z innej gminy czy powiatu. Ale jaką radochę sprawiała taka „zdobycz”! Na początku dom nie miał ganku, skrzydeł bocznych ani nawet ogrodzenia.

Był tylko… wielki głaz. Kiedyś odwiedził mnie kolega i mówi, że przez kilka miesięcy nie będzie pił. Dał słowo. Pytam go: „Gdzie dałeś to słowo, w PRL?”. On, że tak. Na to ja: „Za tym głazem jest PRL. A tu jest RP!”. A ponieważ zawsze byłem dobry w zakąskach, zrobiłem świetnego karpia po żydowsku i uchę, rosyjską zupę rybną. „Bo każdy wie od Tatr do La Manche, że Polak nie je, Polak zakąsza!”.

Moja mazurska przystań to sanatorium dla duszy. Z okien widzę jezioro Łaśmiady, które ma w sobie magnetyzm.

Można się na nie gapić godzinami. Albo jest spokój, albo mała bryza, albo potężne fale bijące tak mocno o brzeg, że słychać w całym domu. Jestem emocjonalny i, jeśli coś chwyci mnie za gardło, daję się prowadzić jak koń za uzdę. Kiedy na planie filmowym mam łzy w oczach i ściśnięte gardło, idę za tym jak w dym. A tu, na Mazurach, jest jak w kinie. Sypialnię przeniosłem na drugą stronę domu tylko ze względu na zachody słońca. Niebo płonie, a kula jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej spływa w dół i chowa się za horyzont.

Zawsze jest pięknie: jak pojawia się tęcza, pada deszcz i jak jezioro skuwa lód. Cisza, aż w uszach dzwoni. Czasami widuję bobra lub wydrę, słychać jakieś grzechotanie, bo wprowadziła się tchórzofretka. Tu odkryłem, że nie nudzę się sam ze sobą. Jest jeszcze tyle nieprzeczytanych książek. Mam basen, jacuzzi, siłownię, a jak zaczyna mi doskwierać brak towarzystwa, zapraszam przyjaciół na sesje brydżowe, trwające trzy dni i trzy noce. Kiedyś miałem najazdy wędkarzy. Przyjeżdżał łowić ryby Andrzej Kopiczyński i Wiktor Zborowski, dopóki nie stał się zapalonym golfistą.

Bywał co roku świętej pamięci rosyjski poeta Lonia Zawalniuk z żoną. Wpada na „długie Polaków rozmowy” mój przyjaciel Jurek Bekker z żoną Ulą. Za chwilę będzie kuzyn z Pragi oraz Romek Kessler z Izraela, przyjaciel z lat szkolnych. Po drugiej stronie jeziora jeszcze do niedawna miałem Zosię Nasierowską i Janusza Majewskiego. Samo życie. Teraz i ja muszę bardziej dbać o siebie.

Wykluczone są dalekie podróże samolotem, nie poleciałem za ocean na premierę „Bitwy Warszawskiej 1920”. Cóż zrobić: „I wódka nie ta, i śledź nie ten, nie ta aura nad bufetem”. Ciężko na to zapracowałem… Na szczęście moja żona jest osobą pogodną, optymistką. Dzięki niej mam ciągle apetyt na życie.

Poszczęściło mi się, chociaż miałem okresy tak trudne, że ciężko o tym mówić.


Jako siedmioletni chłopak zostałem wywieziony z rodzicami i dziadkami ze strony ojca na Syberię. Kiedy przychodził buran, czyli zamieć śnieżna, tygodniami nie przywożono nam mąki i chleba – głód panował straszny. Rodzice byli lekarzami, więc mieliśmy nieco lepiej od innych.

Jak matka była w objeździe, a ojciec na froncie (w 1943 roku powołali go do wojska), przychodzili do mnie ludzie z prośbą, abym ich leczył, bo jestem synem lekarzy. Stawiałem więc bańki, rwałem zęby, ale tylko górne, bo dolnych nie umiałem. Odwdzięczali się mlekiem lub jajkami. Na Syberii błyskawicznie dojrzałem. Mając 11 lat, wypiłem pierwszą wódkę, czyli samogon, i zacząłem palić machorkę.

Największym autorytetem był dla mnie dziadek ze strony ojca. Kochałem go.
Jak zrobiłem coś nie tak, a psociłem strasznie, poruszał wąsem i mówił: „pastuch ostatni”, a ja właziłem ze wstydu pod stół.

Był łysy, jak cała męska gałąź Hoffmanów, ale miał tak piękną czaszkę, że gdy szedł ulicą wyprostowany jak świeca, to kobiety się za nim oglądały. W Rosji mówią, że z przodu zaczyna się łysieć od rozumu, a z tyłu – od cudzych poduszek. Ja, niestety, zacząłem łysieć z tyłu. Zawsze starałem się swoim zachowaniem nie zranić partnerki.

Faktem jest, że byłem jak sieć rybacka, do której wpadały kobiety, i do dzisiaj nie wiem, jak to się działo. Ale w XXI wieku mężczyźni, chyba tylko z próżności, twierdzą, że uwodzą kobiety, bo tak naprawdę to teraz one ich zdobywają. Na szczęście z żoną nie jesteśmy zazdrośni o przeszłość – to część naszych życiorysów. Liczy się „teraz”, a co dalej?... Bóg pisze najlepsze scenariusze.


Wysłuchała: Elżbieta Pawełek
Zdjęcia: Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta, Archiwum Prywatne

reklama