werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Córeczka tatusia

Znani i lubiani w domu

Iza Kuna opowiada o swoim domu

Idealny dom dla aktorki Izy Kuny? Z ojcem, który dla córki zrobi wszystko, z gorącym obiadem, wiecznie wpadającymi gośćmi i pogaduchami do białego rana.

Nigdy nie prowadziłam genealogicznych poszukiwań, ale zawsze bardzo chciałam poznać ojca mojego ojca (co było niemożliwe, bo zmarł, zanim się urodziłam). Był dla mnie postacią mityczną. Ojciec, którego kochałam do szaleństwa i uważałam za najwspanialszego mężczyznę na świecie, wyrażał się o nim z taką miłością i szacunkiem, że i dla mnie dziadek stał się kimś niezwykłym. Bardzo przystojny, prawy. Sam wychowywał dzieci i obdarzał je ogromną miłością przejawiającą się w małych czynach. Tata opowiadał, jak tuż po przebudzeniu sięgał ręką na ścianę nad łóżkiem, bo zawsze znajdował tam schowane w koszyczku jakieś smakołyki. To wzruszające, że dziadkowi chciało się robić takie niespodzianki, i to w czasach, kiedy było im naprawdę ciężko.

Podobnej miłości doświadczałam od ojca, gdy odrabiał za mnie lekcje na prace ręczne, bo pod tym względem byłam absolutnie nieutalentowana. Rozpieszczał mnie niemiłosiernie. Wyręczał we wszystkim. Bez przerwy parzył herbatę, przynosił do pokoju kanapki, jak trzeba było na szybko coś wyprasować, prasował. Jego teoria była taka – gdy mama krzyczała: „Miała przecież posprzątać pokój”, brał odkurzacz i mówił: „Ona się jeszcze w życiu narobi”. Niektórzy twierdzą, że nieważne, ile, ale jak spędza się z dzieckiem czas. Że wystarczą dwie godziny, byle intensywnie. To bzdura! Z dzieckiem trzeba być. I ja to miałam. Tuż po szkole szłam do niego do pracy i czekałam, aż ją skończy i wrócimy do domu. Siedziałam w gabinecie, trajkotałam przez telefon, podsłuchiwałam rozmowy dorosłych.

Ojciec zabierał mnie do stołówki albo przynosił obiad do gabinetu i jedliśmy na biurku. Opowiadałam o tym, co się działo w szkole, a on słuchał mnie jak radia i strasznie się śmiał. Spędzaliśmy tak całe wieczory. To była wtedy moja największa „przyjaciółka”. Mama pedagog z mnóstwem sukcesów – jej uczennice co i rusz święciły jakieś triumfy na olimpiadach (mnie na szczęście nie uczyła) – nie poświęcała mi tak dużo czasu.

Była wymagająca i surowa. Nie interesowała się moimi ocenami, bo było oczywiste, że muszą być dobre. To ojciec chodził na wywiadówki, to on wiedział, że składam papiery do szkoły aktorskiej. Mamie powiedzieliśmy, że idę na polonistykę i jeżdżę na fakultety na filologię. A przez dwa tygodnie jeździłam z ojcem na egzaminy do filmówki.

Iza Kuna - trzymałam sztamę z kolegami

Ktoś, kto zobaczyłby moje świadectwa, mógłby uznać, że byłam kujonem. Faktycznie sporo się uczyłam, jednak bardziej robiłam wrażenie. Miałam dobrą opinię wśród nauczycieli, ale trzymałam sztamę z kolegami, choć zwykle uczniów z dobrymi ocenami się nie lubi. Ja pomagałam, dawałam odpisywać, to mnie wręcz rajcowało. Kiedyś napisałam trzydzieści trzy wersje wiersza o wiośnie, bo nikomu z klasy się nie chciało: na kolanie, na ławce, w domu, na korytarzu – szło błyskawicznie. Takim dość luzackim podejściem nadrabiałam to, że jestem dzieckiem nauczycieli. ­­­

Często jeździłam na kolonie z rodzicami. Oczywiście, musiałam jakoś się odcinać. Wiadomo, że na każdych koloniach się ucieka. Uciekłyśmy i my – dziewczyny z najstarszej grupy – nawpychać się nad ranem w piekarni gorącego chleba. Wydało się, raban, mama chce robić awanturę. Więc biorę ojca na bok i mówię, żeby to wyciszył. – Ale dlaczego? To trzeba wyjaśnić – mówi. Do dziś pamiętam jego niewiarygodnie zdziwioną minę, kiedy mu powiedziałam, że ja też wychodziłam. Ale awantury nie było.

Iza Kuna - dzieciństwo w otwartym domu

Rodzice prowadzili otwarty dom. Uwielbiałam te spotkania towarzyskie. Właściwie codziennie ktoś przychodził. Ojciec natychmiast wyciągał coś z lodówki – a mieliśmy zawsze dużo jedzenia, bo kupował je na tony – i gotował. Najczęściej kotlety – do dziś mam w uszach to walenie w schab – bo najszybciej. Robił też pyszną wołowinę z pieczarkami, doskonały bigos, flaki. Nawet jeśli ktoś przyszedł najedzony, nie mógł się wykpić herbatą – musiał jeść i już! Na imieninach zawsze siadałam ojcu na kolanach, a gdy byłam większa, na krześle obok i chłonęłam atmosferę. Potem przenosiłam ją do swoich zabaw. Lubiłam bawić się w szkołę. Mówiłam dzieciom, co mają robić, ale najlepszy był moment, gdy w trakcie lekcji zajrzała koleżanka i zaczynałam obgadywać z nią wszystkie te dorosłe tematy, które usłyszałam w domu. Co chwila zwracałam się do dzieci: „Piszcie, piszcie” i dalej plotkowałam. I dzieci, i koleżanka, i klasa były wirtualne.

Iza Kuna - komentator sportowy

Oprócz tego, że miałam zostać aktorką, wymyśliłam sobie drugą opcję – komentator sportowy. Bo uwielbiałam piłkę nożną. Moim guru był Ciszewski. Z kuzynem Michałem, gdy tylko przyjeżdżał, zawsze odgrywaliśmy jakieś sportowe zabawy. Kiedyś przyszedł do mojego ojca sąsiad i mówi: „Panie Kuna, gdzie jest ten mecz, nie mogę znaleźć fali”. „Jaki mecz?”. „No ten mecz”, słyszę. A to była nasza wersja spotkania sportowego: przy piłce… podanie… goool!

Po dorastaniu w takim domu zostało mi to, że uwielbiam ludzi i rozmowy, że zawsze mam pełno jedzenia w lodówce i dbam o przyjaciół. Jak szykuje się jakaś impreza, to wiadomo, że ja ją zorganizuję. Dawniej robiłam je w małym, pięćdziesięciometrowym mieszkaniu na Mokotowie, gdzie bywało sześćdziesiąt osób – kłębili się na korytarzach w papierosowym dymie. Moje urodziny, urodziny mojej córki, na które przychodzili rodzice z dziećmi biegającymi do północy z polikami czerwonymi z emocji, a koledzy robili miny, bo miała być impreza, a jest jakiś kinderbal...

Zawsze były tańce, prawie zawsze policjanci, którzy następnego dnia szli na spektakl (na szczęście zawsze ktoś z gości w czymś grał i można było ich przekonać, żeby nie pisali mandatu). Raz w życiu zdarzyło mi się zapłacić mandat – i to jest, niestety, znak czasów – policjant służbista nie był zainteresowany teatrem. Ale i tak uwielbiam imprezy, zwłaszcza te w domu. Nie muszę jechać do knajpy, myśleć, czy dzieci już śpią. Mam znajomych u siebie, możemy siedzieć, pić wino, palić i gadać do rana.


Wysłuchała: Michalina Kaczmarkiewicz
Fotografia: Tomasz Tyndyk

reklama
reklama
reklama