Stylowe ubrania, obowiązkowy melonik i laseczka w ręku są jego wizytówką. Kamienica, w której mieszka, i samo mieszkanie idealnie pasują do tego obrazu.

 

Jacek Dehnel przyjmuje mnie w klimatycznym salonie, pełnym stylowych mebli i bibelotów, a herbatę podaje w starym, porcelanowym serwisie. To wnętrze uwodzi, nie ma tu przypadkowych rzeczy. Zupełnie, jakby znaleźć się w jednej z jego powieści.

Bardzo dekadencki salon: czerwone ściany i kanapa, zdobione japońskie szkatułki, mięsiste story, a na fryzie pod sufitem wzór z gryfami. Skąd ta stylistyka?

Mamy z Piotrem, moim chłopakiem, dwa pokoje, salon to ten mniejszy, więc pomyśleliśmy sobie, że będzie zabawnie, jeśli go zrobimy w takim przesadnym stylu, ze zdobionymi ścianami, z długaśnymi chwostami u mięsistych zasłon, z przytupem.

Nie męczy pana na co dzień to intensywne wnętrze?
Quentin Crisp, angielski queerowy aktor i pisarz, powiedział, że nie rozumie, po co ludziom drugi pokój, przecież jak siedzą w pierwszym, to nie ma ich w drugim, a jak w drugim, to nie ma ich w pierwszym. Ja i tak głównie siedzę przy biurku w pracowni, która jest też naszą sypialnią. A w czerwonym przyjmujemy gości. I jemy, choć nie zawsze. Więc to takie wnętrze do świętowania.

Tyle że całe wasze mieszkanie jest jak do świętowania, począwszy od zabytkowej, pięknie odremontowanej kamienicy na warszawskim Powiślu, przez stare meble i obrazy, po muszkę na pana szyi. A mamy XXI wiek.
Kiedy zaczynałem nosić muszkę, wszyscy się dziwili, a teraz to podstawowe akcesorium hipsterskie. Bo mody wracają. Współczesność polega na tym, że tworzymy przyszłość w oparciu o przeszłość; żadna kultura czy cywilizacja nie urośnie bez korzeni. Bez korzeni to są kwiaty cięte, rzecz na tydzień.

Co panu daje rekonstrukcja tego dawnego świata na własny użytek?
W rekonstrukcji nie miałbym prysznica, pralki, zmywarki, elektryczności, komputera... To jest na wskroś współczesne mieszkanie, tyle że z użyciem różnych ładnych starych przedmiotów.

Skąd w panu takie zamiłowanie do nich?
Po części z poczucia utraty. Wychowywała mnie babcia Lala, która nieustannie opowiadała świetne historie ze swojego życia, a pod względem wystroju wnętrz było to życie pełne strat: mieszkanie pradziadków zarekwirowano na getto, a drugie – do którego przenieśli dobytek – zbombardowano, dworek w Lisowie rozgrabiono.

 

W czasach mojego dzieciństwa z tego legendarnego Lisowa została tylko garstka podniszczonych gratów. U Piotra to z kolei historia zacnego krakowskiego mieszczaństwa, które po wojnie tuła się po różnych mieszkaniach, stopniowo pozbywając się kredensów, krzeseł, zastawy, pamiątek. Dla obu nas zatem to próba zbudowania przytulnej, bezpiecznej przestrzeni, gniazda rodzinnego.

 

Ale równie ważne jest chyba poczucie, że przedmioty wykonane ręcznie zupełnie inaczej się starzeją. Platerowana łyżeczka przez sto lat może się poprzecierać, lecz wygląda szlachetnie. A taka z taniego plastiku i szajsmetalu po paru latach staje się śmieciem. Za to tysiące książek znacznie łatwiej umieścić w ikeowskich regałach Billy niż w starych szafach bibliotecznych. Sporo naszych mebli to Ikea – tylko tak ułożona, że widać głównie rzeczy starsze i staranniej wykonane. Niefabryczne. A i obrazy mamy w większości z XXI wieku.

Właśnie, obrazy. Co to za duże płótna w salonie i w sypialni, które kojarzą się z symbolizmem Jacka Malczewskiego?

Moje, moje. „Dawid”, „Medea” i „Orfeusz”. Z okresu, kiedy jeszcze malowałem. Przez ostatnie lata nie miałem na to czasu, na szczęście właśnie wynająłem lokal na pracownię i zamierzam wrócić do pracy.

Myślałam, że jest pan pisarzem, nie malarzem? Skąd to malowanie, przecież nie kończył pan ASP?
Rodzinna sprawa. Moja matka jest malarką, po wielu latach wróciła do sztuki, z czego się wszyscy cieszymy; jej dwie ciotki były malarkami, ich kuzyn to samo, a brat mojego prapradziadka, prałat Marceli Karpiński, kolekcjonował sztukę dawną i malował obrazy ołtarzowe w parafiach, do których go skierowano, między innymi w Mińsku Mazowieckim.

 

Uczyłem się więc w domu. Potem, już w czasie studiów na MISH-u na UW, chodziłem na rysunek do pracowni profesora Baja na warszawskiej Akademii, a także na zajęcia z anatomii dla artystów na Akademii Medycznej: w poniedziałek wykład o danej części ciała, choćby nodze, w środę rysowanie nóg w prosektorium. Arcyciekawe to było.

Inne obrazy, które powiesiliście, malował ktoś z pana rodziny?

Znajomi. Obraz Karola Radziszewskiego to podziękowanie dla Piotra za pracę przy piśmie Karola, „Dik Fagazine”. Mamy dwa płótna Łukasza Huculaka, za którym wprost przepadam – jedno powstało na okładkę mojej książki, „Młodszego księgowego”, drugie dostałem w barterze za napisanie tekstu do katalogu jego wystawy, są grafiki i reliefy Grażyny Bartnik.

A pana ulubione miejsce w domu?
Kuchnia. Jedyne pomieszczenie w całym mieszkaniu, które urządziliśmy od początku do końca. Nowe są meble, podłoga i okna – takie, jak kamienica miała przed wojną, ze szprosami. Zostały dwa relikty: gruntownie oczyszczone klameczki z okien.

Czym się inspirowaliście, gdy ją urządzaliście?
To takie nasze biedawarsztaty wiedeńskie, bo Wiener Werkstätte robiły przed wojną przedmioty z bardzo drogich materiałów, najwyższej jakości, dla zamożnej klienteli burżuazyjnej, a my jednak mamy meble z Ikei, ale tak podobierane i poprzerabiane, żeby przywodziły na myśl tamte projekty i epokę.

 

Czarne pasy na ścianach są wzięte z komódki Carla Witzmanna, podłoga z palonego dębu z wtartą bielą – z ulubionego drewna Josefa Hoffmanna, który barwił dąb na czarno i nacierał go kredą. Jedyny autentyczny kawałek Wiener Werkstätte to krzesła zaprojektowane właśnie przez Hoffmanna w 1906 roku dla kabaretu Fledermaus. Kupiliśmy je w strasznym stanie, daliśmy do reperacji i pomalowaliśmy tak jak w pierwotnym projekcie.

To nie profanacja łączyć rzeczy rzemieślnicze, z historią, z tymi z Ikei?
Nie, czemu? Pochodzę z bardzo eklektycznie urządzonego domu, moja babcia miała resztki dworskich mebli, dużo sztuki ludowej, bo ją lubiła i ceniła, wielką kolekcję powojennego kolorowego szkła. I półki-własnoroby docinane przez dziadka. Wszystko to jakoś razem działało.

I co pan robi w tej kuchni?
Odkąd jest nowa i ją polubiliśmy, całkiem sporo. Oprócz blatu roboczego mamy tu drugi, niski, przy którym można siedzieć – czasem jeden z nas idzie spać, a drugi, żeby mu nie klepać w klawisze nad głową, pisze albo tłumaczy w kuchni. Na balkonie – a właściwie loggii – hoduję zioła. Ale przede wszystkim gotuję.

Ma pan dania popisowe?
Dużo włoskiej kuchni, zwłaszcza z Południa, jak sycylijska caponata, apulijskie spaghetti z małżami i miętą. Ale jagnięcina z czosnkiem czy rozmarynem albo dalekowschodnie nasi goreng (indonezyjski smażony ryż – przyp. red.) też się zdarzają. Polska kuchnia raczej z rzadka, dla nas zbyt ciężka, zbyt zawiesista, choć dobrym tatarem nie pogardzimy.


Przy czym mamy z Piotrem inne style gotowania: on idealnie przygotowuje danie z przepisu. Ja wymyślam, zmieniam, eksperymentuję, rekonstruuję potrawy zjedzone w jakiejś knajpce. Czasem rezultat jest świetny, czasem zawstydzający.

 

Rozmawiała: Agnieszka Wójcińska

Zdjęcia: Michał Przeździk

reklama