#zostańwdomu czytaj e-wydanie - tylko 8,99 zł
reklama

Janusz Wiśniewski pisze po godzinach

Znani i lubiani w domu

Rybak dalekomorski, naukowiec, pisarz. Janusz Leon Wiśniewski, autor głośnej „Samotności w sieci”, ma wiele wcieleń.

W dzieciństwie nie wróżono mi sukcesu. Przeszedłem do historii Torunia jako najcięższy niemowlak w tym mieście, ważyłem ponad sześć kilogramów. Byłem monstrum. Babcia, gdy mnie zobaczyła, powiedziała, że takich brzydkich wnuków nigdy nie miała (śmiech). W dodatku wróżono mnie i mojemu bratu, że będziemy psychicznie niedorozwinięci. Brat przeszedł zapalenie opon mózgowych po szczepionce BCG, a ja z kolei w wieku sześciu miesięcy wypadłem z łóżeczka na swoją całkiem łysą głowę. Miałem wstrząśnienie mózgu i pęknięcie podstawy czaszki. Ale jakoś się z bratem rozwinęliśmy – ja zrobiłem habilitację, a on doktorat.

Miałem skromne, ale szczęśliwe dzieciństwo – mieszkaliśmy w trzypokoleniowym domu, bez łazienki, w jednej z najbardziej robotniczych dzielnic Torunia – nie zamieniłbym go jednak na żadne inne. Dzięki rodzicom w domu panował kult wiedzy. Tata mówił: „Wiedzieć to znaczy żyć bez strachu”. Kiedyś powiedział też piękne zdanie, które nieustannie cytuję: „Synuś, jeśli się nie będziesz uczył, to zostaniesz politykiem”. Nazywał mnie swoim kaczorkiem, ale był też niekiedy bardzo surowy. Czasem marzyłem, żeby dostać pasem po tyłku, kiedy zbiłem szybę czy paliłem papierosy za transformatorem. A tata kazał mi dwieście razy pisać: „Nie będę rozbijać szyby”. Inni koledzy w najlepsze się już bawili po odebraniu porcji lania w domu, a ja wciąż pisałem… Tata całe życie był kierowcą w pogotowiu ratunkowym, mama sprzedawczynią w sklepie w Toruniu. Oboje ciężko pracowali. Cokolwiek by sądzić o PRL, pozwalał kształcić się nawet tak biednemu chłopakowi jak ja, który miał jedną parę trampek na cały rok. Rodzice byli przekonani, że nauka to jedyna droga awansu życiowego.

Przeczytałem jednak „Tomka na Czarnym Lądzie” i „Tomka w krainie kangurów” Szklarskiego i zamarzyły mi się podróże. Tak trafiłem do Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu, które stało się moim oknem na świat. Ryb nigdy nie lubiłem, ale przez te pięć lat w technikum wypatroszyłem ich tysiące, ręce miałem poranione do krwi, do tego wciąż oblewane słoną morską wodą. Pamiętam, że tęskniłem za matką i płakałem pod kołdrą, ilekroć dostałem od niej list. W najgłębszej tajemnicy oczywiście. Pisała w nich, że nasz pies Azor tęskni za mną, ucieka z domu i że ma pchły. Innym razem, że znowu nie było mnie dzisiaj na kolacji. Wzruszało mnie to do łez.

Na początku lat 70., wówczas było to jak podróż na Marsa, zwiedziłem Wyspy Kanaryjskie, Casablankę, Nową Fundlandię, Agadir, Amsterdam, w dodatku całkowicie za darmo. Spełniły się moje marzenia o wielkim świecie. A oprócz tego była to niezwykła, męska przygoda: uczenie się przyjaźni, odpowiedzialności, wytrwałości. Choć po skończeniu szkoły wydawało mi się, że „k…” nie mówią tylko cudzoziemcy. A wszyscy inni mówią. Kiedy po maturze wróciłem do Torunia, dla mamy był to najszczęśliwszy dzień w życiu. Wiedziałem, że nie chcę być marynarzem. I że nie chcę tej samotności. Zacząłem studiować fizykę, a na trzecim roku dodatkowo ekonomię.

Do Frankfurtu nad Menem trafiłem po tym, gdy wróciłem do kraju z doktoratem z informatyki zrobionym w USA. Miałem wrażenie, że nie pracuję w uniwersyteckim centrum komputerowym jako informatyk, tylko w muzeum techniki. Zaproszony w 1987 do Frankfurtu nad Menem, zostałem, aby zająć się informatyką chemiczną. Mieszkam tam od 27 lat. Jestem Polakiem, choć od dawna z dwoma paszportami. Myślę, że Polacy nigdy tak do końca z Polski nie wyjechali i zawsze mają jedną walizkę spakowaną. Aby kiedyś powrócić...

Bywam człowiekiem pełnym sprzeczności. Czasami jestem informatykiem, czasami chemikiem, a czasami włączam muzykę i piszę całą noc. Nigdy jednak nie czułem się pisarzem, choć tak mnie zaszufladkowano po „Samotności w sieci”. Myślę, że co najwyżej jestem autorem, i to po godzinach. Nie wiem, jak nim zostałem. To był impuls. Pisanie programów komputerowych, czym się zajmuję, jest zimne jak skalpel chirurga. Nauka musi być odarta z uczuć, żeby zachowała obiektywizm. Po habilitacji z chemii poczułem, że nie wystarcza mi pisanie tylko o tym, co wiem. Nagle zapragnąłem pisać o tym, co czuję. „Samotność w sieci” pisałem do mojej elektronicznej szuflady. Dlatego jest pełna wad i niedoskonałości. Ale strasznie uczciwa. Może w tym jest jej siła. I tajemnica popularności. Przeżywałem wtedy dziwny smutek, co nazywa się depresją po sukcesie. Włożyłem w habilitację siedem lat pracy, zaniedbałem w tym czasie rodzinę, nie czytałem bajek swoim córkom, zajmując się idiotycznymi algorytmami w optymalizacji chemii. Osiągnąłem ten szczyt, ale euforii nie czułem.

Jeśli pani czytała moje książki, to pewnie zauważyła, że jestem apologetą smutku. Bohaterowie mojej ostatniej książki „Ślady”, mimo bolesnych doświadczeń, nie tracą jednak nadziei na szczęśliwe życie, pragną kochać i być kochani. Ktoś kiedyś zamieścił kąśliwą recenzję, że jeśli Wiśniewski napisze 300-stronicową książkę, to na pewno będzie w niej 301 tragedii. To prawda, zatrzymują mnie tragedie, poza tym szczęśliwi ludzie książek nie piszą. Gdyby wszyscy byli szczęśliwi, to nie mielibyśmy ani przepięknych symfonii, ani poematów. Nieszczęście jest tym, co pcha ludzi do tworzenia. Muszą gdzieś ten ból wyrazić.

Po czterdziestce odkryłem u siebie arytmię serca. Jedno z moich opowiadań, „Arytmia”, w pewnym sensie jest o mnie, o radzeniu sobie ze skołatanym sercem. Z tego okresu pozostało mi 460 elektrokardiogramów. Pani się uśmiecha. A czy kiedyś, prowadząc samochód, dostała pani takiego ataku, że na kilka sekund straciła przytomność? Jechałem z żoną i córkami, mogliśmy się zabić. Każde wejście po schodach skutkowało wyobrażeniem sobie nowego ataku. Pielęgnowałem w sobie ten lęk, aż powstała z tego nerwica lękowa. Rzuciłem palenie, nie piłem alkoholu, każdego ranka pływałem, bo obawiałem się o swoje życie. Ale nauczyłem się z tym żyć, już się nie boję. I powtarzam innym, że praca jest lepsza na lęki niż wszystkie antydepresanty razem wzięte. W tym czasie wydałem 19 książek, które przetłumaczono na kilkanaście języków łącznie z wietnamskim i chińskim, w Rosji sprzedało się ponad milion egzemplarzy, a w teatrze w Sankt Petersburgu spektakl „Samotność w sieci” piąty rok z rzędu nie schodzi z afisza.

Nie jestem jednak z siebie zadowolony. Wymyśliłem nawet aforyzm na mojej stronie internetowej: „Boże, pomóż mi być takim człowiekiem, za jakiego bierze mnie mój pies”. Pies kocha i łajdaków, i szlachetnych mężczyzn. Aby zasłużyć uczciwie na jego miłość, trzeba być dobrym człowiekiem, a nim nie jestem. Staram się być. Chociaż teraz nie mam psa, bo zajmuję małe mieszkanie w apartamentowcu, gdzie nie wolno trzymać zwierząt domowych. Mówi się, że prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna, zbudować dom, posadzić drzewo. Otóż drzewa sadziłem, bo w podstawówce wozili nas na sadzenie lasów. Domu nie pragnąłem mieć. Nie umiałbym się nim zająć, nie potrafię nawet rynny naprawić. Zawsze wynajmowałem mieszkanie, podobnie jak wielu Niemców. A syn, czy ja wiem? Córki są darem pięknym. Kiedy Joasia się urodziła, a potem miała przyjść na świat Adusia, to modliłem się z żoną, żeby to była dziewczynka. I udało się. Obie śliczne jak matka, mądre, jestem z nich strasznie dumny.

Wysłuchała: Elżbieta Pawełek
Zdjęcia: archiwum prywatne, Ilona Weistand

reklama
reklama
reklama