Joann Klimas ceni w sztuce połączenie myśli, piekna, wartości. Widok ulubionych obrazów sprawia, że czuje się szczęśliwsza, a sama sztuka dla domu jest dla niej bardzo istotna.
 

WERANDA: Pani Joanno, czym dla pani jest sztuka?
JOANNA KLIMAS: To jedno z moich paliw do życia. Wychowałam się na kulturze francuskiej i smakowaniu każdej chwili. Piękne, wcale nie ogromne miejsce do mieszkania, we wspólnocie ludzi, blisko galerii sztuki, kin, teatrów, do których jeżdżę na rowerze, wieczorem dobre wino i jedzenie – to wszystko jest dla mnie ważne.

A co w sztuce liczy się dla pani najbardziej?
Połączenie piękna z nieoczywistym przekazem. Stawianie pytań i szukanie odpowiedzi. Z tego względu nie interesuje mnie tzw. ładne malarstwo nad kominek.

Rysunki autorstwa Krystiany Robb-Narbutt powiesiła pani w najintymniejszym miejscu domu...
Lubię ich delikatność, chłód błękitów. Są uduchowione, zapraszają do medytacji. Często zdarza mi się usiąść w fotelu na wprost łóżka, w salonie obok, i patrzeć na nie przez otwarte drzwi do sypialni. Uspokaja mnie ich widok. Wycisza i porządkuje emocje.
 

Poznała pani autorkę obrazów?
Niestety nie. Byłam jednak na jednej z jej ostatnich wystaw w galerii Zachęta. Wtedy dowiedziałam się też o dramatycznej wojennej historii rodziny Robb-Narbutt. Wiem, że artystka zmagała się z traumatyczną przeszłością, że próbowała się z nią uporać w swojej twórczości. Ale w sposób szalenie subtelny, nieoczywisty. Dlatego historie z jej obrazów nie przytłaczają mnie. Kiedy na nie patrzę, po prostu cieszy mnie ich piękno.

Czy prostota i minimalizm tych obrazów były dla pani ważne? Przecież takie właśnie są również pani kolekcje ubrań…
Minimalizm jest moją filozofią, powiedziałabym nawet nieco górnolotnie – duchowością, czymś więcej niż tylko estetyką. Minimalizm to dla mnie stan ducha, rodzaj myślenia o życiu, o różnych jego przejawach. Moje projekty ubrań są efektem myślenia o świecie, o sobie samej, wszystkich sprawach, które mnie interesują, takich jak polityka, kobiecość, feminizm, ciało.

Czy próbowała pani swoich sił w malarstwie lub grafice? Nigdy nie kusiło?
Tak, chodziłam kiedyś na lekcje rysunku i malarstwa. Rysunek jest moją piętą achillesową. Ale malowanie, sam proces, sprawia mi niewiarygodną radość. Gdy chodziłam na lekcje i trzeba było malować na przykład martwą naturę, trochę mnie to męczyło. Teraz chcę wrócić do malowania, bo wiem dokładnie, co chcę malować. Wydaje mi się, że to mój kolejny etap w życiu. Że w końcu się na to odważę. Zresztą nie tylko na malowanie.

Co zyskuje dom ubrany w sztukę?
Obrazy, tak jak książki, nadają mieszkaniu rys osobisty. Mówią o tym, co lubi właściciel, czym się interesuje. To jest jak wizytówka. Zaproszenie do rozmowy.

U pani w domu wiszą na ścianach również fotografie – pejzaże w kuchni i rodzinne zdjęcia w salonie.
Tak. Zestawiłam zdjęcie mojej córki i swoje w strojach baletnicy, pokazując nasze podobieństwa i jednocześnie bardzo widoczne różnice. Mam także zdjęcie rodziców z lat 50., kiedy jeszcze nie było mnie na świecie. Oboje są ubrani w prochowce. Kilkanaście lat temu znalazłam jeden z tych prochowców na strychu u babci na wsi. I długo go nosiłam, aż w końcu uznałam, że się niszczy – teraz leży sobie wśród pamiątek. Biało-czarne zdjęcia pejzaży z Włoch, które widziała pani w kuchni, są autorstwa Jacka Poremby. Zrobił je, gdy byliśmy razem. Zostały ze mną, uwielbiam je. Trzecie zdjęcie z tego jakby tryptyku porwała mi córka.

Czy od razu wie pani, gdzie powiesić obraz? Czy długo się pani zastanawia? Przymierza, zmienia?
Mam ogromne problemy decyzyjne. Typowa cecha perfekcjonisty: nie jest w stanie podjąć decyzji, bo nic nie jest wystarczająco doskonałe. W końcu moja córka mówi: „Mama, zrób coś. Te obrazy stoją pod ścianą i zawalają”.

Czy jest artysta, którego podziwia pani szczególnie?
Dawno temu odkryciem byli dla mnie Marlene Dumas i Luc Tuymans. Zanim zobaczyłam ich sztukę na żywo, odkryłam ją poprzez albumy oglądane w Centre Pompidou podczas któregoś z pobytów w Paryżu. Byli w Polsce wtedy nieznani, a ja od razu miałam poczucie, że to jest ten rodzaj malarstwa, który ma jednocześnie ważny komunikat, piękno i kunszt. Kocham ich do dzisiaj. Ale też odkrywam nowych artystów, nowe dzieła. Ostatnio często w galerii Leto, w galerii Polana Institute. Czy zdarza się pani myśleć o sztuce w kategoriach lokaty kapitału? Nigdy tak nie myślałam, ponieważ w ogóle nie myślę o tym, co robię, w kategoriach finansowych. Ale wiem, że na świecie rynek sztuki to rynek finansów. Żaden inny rodzaj inwestycji nie niesie z sobą tyle obietnicy obcowania z pięknem.

 

O ARTYSTCE KRYSTIANA ROBB-NARBUTT, rocznik 1945. Rysowniczka subtelnych kompozycji o sporym ładunku kontemplacyjnym i lirycznym. Dostrzeżone w naturze formy, najczęściej górę, kawałek nieba, poddawała tak daleko idącym symbolizującym przeobrażeniom, że stawały się cieniami rzeczywistych kształtów, pełnymi tajemnicy. Zajmowała się także tkaniną artystyczną i poezją. Zmarła w 2006 roku.


Rozmawiała: Małgorzata Tomczyk,

Zdjęcia: Marta Behling, Portret Artystki Andrzej Rybczyński/PAP, 

Stylizacja: Anna Śpiewak

reklama