Grażyna Szapołowska lubi, gdy obrazy są niedopowiedziane, pełne tajemnicy, nawet niedoskonałe.  Woli malarstwo współczesne.

 

WERANDA: Przyjaźń z malarzem pozwala lepiej rozumieć sztukę?

Grażyna Szapołowska: Niewątpliwie Maciek (Świeszewski – przyp. red.) nauczył mnie odczytywać malarstwo. Oswoił z zapachem farb, olejów, ale też z całym tym artystycznym bałaganem, z chaosem kolorów, z którego dopiero na płótnie wyłania się myśl – to mnie fascynuje.

 

Prace Świeszewskiego są jak marzenia senne – mroczne, zagadkowe, pełne symboli. Jakby w opozycji do realnego świata uwypuklają jego absurdy i wady. Nie przeraża cię to?
Nie, mnie to zawsze trochę śmieszyło. Maciek zagląda w głąb ludzkiej myśli i pokazuje, jakie instynkty nami rządzą. Jacy jesteśmy pogmatwani. To dlatego ludzie na jego obrazach są zdeformowani, pokraczni, okaleczeni. Czasem odnoszę wrażenie, że na własne życzenie zabijają w sobie piękno. Rozumiem tę oniryczną wizję świata i uważam za potrzebną. Przecież piękno bez brzydoty byłoby trywialne. 

 

Usłyszałam od Maćka, że akwarela, którą ci podarował, jest jedną z najbardziej optymistycznych w jego twórczości.
Możliwe! Pamiętam, że kiedy się poznaliśmy, pracował nad mocną w wyrazie grafiką przedstawiającą wojskowy mundur – jakby na człowieku, ale już pusty, bez życia. Takie prace są potrzebne, by uwrażliwiać. W natłoku dramatycznych, okropnych newsów przywykliśmy do brutalności świata. Jemy kolację i słuchamy wiadomości, nie wzruszają nas specjalnie, nie wpływają na apetyt...

 

Na klatce schodowej powiesiłaś grafikę przedstawiającą zmysłową kobietę rozszarpywaną przez tłum mężczyzn. Odzierana z intymności – taki mogłaby nosić tytuł. To też praca Świeszewskiego, z dedykacją dla ciebie!
Tak, Maciek zna mój los, niepokoiło go nadmierne zainteresowanie mężczyzn moją osobą, ich nachalność. Spodziewał się, że to może być problem dla mnie, ostrzegał mnie w ten sposób.

 

Jak się poznaliście?
Nie pamiętam okoliczności. On pamięta? To były lata 70., Sopot. Przyjeżdżałam do Grand Hotelu zimą, z małą Kasią (córka aktorki – przyp. red.) i czarnym wilkiem Marsem. Z sentymentem wspominam ten hotel przed remontem. Był pełen tajemnicy, przestrzeni, starych kafli i pięknych łazienek. Nasz Mars mógł się poruszać po całym obiekcie. Czarny wilczur podbił serce Maćka, który okazał się czułym i wrażliwym człowiekiem. Dzięki niemu poznałam dobrze Sopot i pokochałam go jeszcze bardziej. To ważne miejsce w moim życiu – tam poznałam też mojego Eryka (partner Grażyny Szapołowskiej Eryk Stępniewski – przyp. red.).

 

Co takiego jest w malowaniu, że marzymy, by stanąć przy sztalugach?
Nie mam pojęcia. Niepokój, a może cisza albo odczuwanie samotności. Weźmy obrazy Hoppera, na których ludzie zdają się istnieć poza światem realnym. Są, a jakby ich nie było, zawieszeni w dziwnej przestrzeni, oczekujący nie wiadomo na co. Metafizyka tych obrazów to mistrzostwo świata. Namalowałam parę obrazów i wiem, że to wyczerpująca praca, podobnie jak pisanie czy granie. Po dwóch godzinach byłam zmęczona, kręciło mi się w głowie. Zdecydowanie wolę grać w filmie.  

 

Maciek Świeszewski uważa, że człowiek, który nie potrafi narysować prostego rysunku, jest półkaleką. Zgadzasz się z tą opinią?
Pamiętam, że pod wpływem Maćka namalowałam kiedyś obraz olejny. Przedstawiał wielką teatralną maskę z niewidzącymi oczami. Za nią kłębił się tłum ludzi-ptaków. Szkoda, że go już nie mam, zniknął.

 

Ale w twoim domu nie brakuje obrazów, są w każdym pokoju. Kolorowe i monochromatyczne. Oprawione prosto lub w pozłacanych, rozrzeźbionych ramach. W jadalni za stołem monumentalny Dwurnik w czerwieniach, żółcieniach i granatach. Jednym zdaniem, mnóstwo nastrojów i emocji. Jak wybierasz dzieła sztuki?
Intuicyjnie. Wiele obrazów pochodzi od bliskich mnie i Erykowi osób. Są barwne prace gruzińskiego artysty, których oglądanie sprawia mi przyjemność także dlatego, że lubię tego człowieka i jego sposób widzenia świata. Są obrazki kupione za parę dolarów na ulicach LA. I jest obraz przedstawiający wielbłąda na pustyni, który dawno temu zobaczyłam w Warszawie i bardzo mi się spodobał,  a po latach odnalazłam go w domu mojego Eryka.

 

O ARTYŚCIE

 

Maciej Świeszewski, malarz, profesor ASP w Gdańsku. Swoje prace wystawiał m.in. w Paryżu, Nowym Jorku, Berlinie i na Bliskim Wschodzie. Opowiadają o „paranoi współczesności”.

Tę akwarelę stworzyłem specjalnie dla Grażyny, starając się w niej oddać całą Jej pogmatwaną osobowość. W porównaniu z innymi moimi obrazami jest optymistyczna. Pewnie dlatego, że Grażynę uwielbiam i uważam ją za wspaniałego człowieka – znamy się od lat 70. i przyjaźnimy się nieprzerwanie, z mniejszymi lub większymi wzlotami i upadkami.    Można nawet powiedzieć, że z żadną inną kobietą – poza moją żoną – nie doświadczyłem takiego porozumienia dusz. I takich szalonych przygód jak np. te podczas podróży do Syrii, gdzie Grażyna kręciła film „Zagon”. Pojechałem tam z nią na początku naszej znajomości i w kryzysowej sytuacji na planie zagrałem nawet izraelskiego szpiega! Z tamtego wyjazdu pamiętam ogromną fascynację Syryjczyków urodą Grażyny – jako jej towarzysz obawiałem się nawet o życie i z ulgą wsiadałem do powrotnego samolotu, gdy zdjęcia dobiegły końca. Duże znaczenie ma dla mnie fakt, że Grażyna czuje moją sztukę, podoba się jej sposób, w jaki oddaję wielorakość natury ludzkiej. Nie boi się w moich obrazach makabry ani odwołań do onirycznej wizji świata, w której wszystko jest możliwe. Widzi świat podobnie jak ja. 

 

Tekst i stylizacja: Małgorzata Tomczyk
Zdjęcie: Aleksander Rutkowski
Portret artysty: Aleksander Świeszewski
 

reklama