Krystyna Prońko o swoim domu rodzinnym

 

Skąd wzięła się we mnie potrzeba śpiewania? Czy ja wiem?

Mieszkaliśmy z rodzicami w trzypiętrowej kamienicy z kamiennymi schodami z dobrego niemieckiego lastriko. Był tam świetny pogłos, co odkryłam któregoś dnia, wracając ze szkoły. Później chodziłam do szkoły muzycznej, a po raz pierwszy publicznie wystąpiłam na ognisku kolonijnym (do dziś nie cierpię śpiewać przy ognisku). Postawiłam na Paula Ankę i piosenkę „Diana".

Co wyniosłam z rodzinnego domu w Gorzowie? Teraz, kiedy mogę to już spokojnie ocenić, mając tyle lat, ile mam, czyli niemało, wiem na pewno, że umiejętność życia. Te wszystkie złapane kiedyś podświadomie na gorącym uczynku nauki i sytuacje zupełnie nagle objawiają się w moim dorosłym życiu. Zapala się światełko i widzę, że kiedyś to już przerobiłam, przetworzyłam.

Z domem rodziców pożegnałam się na dobre, mając jakieś dwadzieścia trzy lata.

Szybko odcięłam pępowinę. Dostałam propozycję pracy w zespole, który tworzył się właśnie w Rzeszowie. Nie myślałam wtedy o sławie i pieniądzach. Chciałam śpiewać i studiować, choć na co dzień pracowałam w laboratorium w Sanepidzie jako technik-chemik-analityk (to moje średnie wykształcenie). Wyjaśniłam dyrektorowi sytuację, oświadczyłam, że chcę się zwolnić i poprosiłam, żeby nie robił kłopotów... On jednak zdecydowanie odmówił. Nie miałam wyjścia, chciałam śpiewać, więc popatrzyłam mu prosto w oczy i powiedziałam: „Skoro tak, to ja jutro nie przyjdę. Do widzenia”. Tak właśnie wyglądało moje porzucenie pracy.

Już nigdy nie wróciłam do żadnego laboratorium, aczkolwiek myślę, że gdyby mnie teraz ktoś do jakiegoś wpuścił, to pewnie wielkich szkód bym nie narobiła. A wtedy? W przeddzień swoich urodzin, 13 stycznia, wsiadłam do pociągu w Gorzowie, a 14 rano wysiadłam w Rzeszowie. Poszłam do nędznego hoteliku przy dworcu, a po południu na pierwszą próbę. Potem był chórek u boku Czesława Niemena, wyjazdy ze Skaldami i Czerwonymi Gitarami do ZSRR, zespół Koman Band, który specjalnie dla mnie założył Janusz Koman, Opole i inne festiwale. Wielki świat!

Zawsze ciekawiły mnie drewniane konstrukcje.

I „oglądałam się” za drewnianymi domami. Gdy już zbudowałam własny, sosnowy, okazało się, że jest dokładnie taki, w jakim mieszkał mój dziadek. Dowiedziałam się o tym niedawno i pomyślałam, że to potwierdza teorie związane z genami. Jednak, choć wzruszyło mnie „połączenie” z dziadkiem, coraz mniej chętnie wracam myślami do przeszłości. Wszystko jedno, czy dobrej, czy złej.

Postanowiłam na przykład pozbyć się wszystkich starych rzeczy i właśnie stopniowo z wielką pasją to robię, czując przy tym ogromną, błogosławioną ulgę. Pozbyłam się już wiekowych noży, porcelanowych naczyń Bóg wie skąd, teraz przyszła kolej na garnki. Już wybrałam te, które kupię, a stare po prostu oddam. Nie chcę przedmiotów kojarzących się z przeszłością. Tak chętnie i łatwo zapychamy nimi kąty, a potem okazuje się, że nie mamy czym oddychać. A po co to komu? Nie lubię odbijać się w lustrze przeszłości. Miałam fart w życiu, a ja potrafię cieszyć się nim tu i teraz.

U mnie wciąż coś trzeszczy, pęka, hałasuje.

Przez pierwszych parę lat mój dom się osadzał. Pamiętam, że zimową porą drewno, które na początku nie było jeszcze przewiane przez wiatr, przemrożone przez mróz i przegrzane przez słońce, strasznie reagowało na niską temperaturę. Budynek po prostu pękał, a jego wystrzały budziły mnie w środku nocy. Coś strasznego! To są odgłosy przerażające. Dom nadal jeszcze pracuje, mimo że jest dobrze zabezpieczony. Choć już nie tak gwałtownie. Ale cudów nie ma. Za to są inne zalety – szorstkim drewnem prosto spod piły specjalnie nie interesują się korniki.

Sosnowe drewno, ceglany kominek, zioła w ogródku, truskawki, jabłuszka, no i dąb – półtora metra w obwodzie i dwieście lat! Jestem u siebie i niczego mi nie brakuje.

Goście mówią, że pachnie tu drewnem, choć już tak bardzo stałam się częścią tego miejsca, że w ogóle zapachu nie czuję. Serce domu? Dobre pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Jest kameralny i wszędzie, w każdym pomieszczeniu dobrze się czuję i chętnie przesiaduję. Mój siostrzeniec na przykład, kiedy chce się dobrze wyspać, przyjeżdża do mnie. Mimo że wcale nie jest tu aż tak cicho, ponieważ nasza uliczka jest przelotowa i panuje na niej spory ruch. Ale już niedługo – niedaleko stąd powstanie trasa szybkiego ruchu, a my z sąsiadami wywalczyliśmy, żeby naszą uliczkę zamknąć. Uwaga więc, wszyscy ci, którzy tu jeszcze szalejecie! Nie wiecie, co was czeka!


Tekst: Hanna Halek
Fotografie: Michał Rozbicki/East News, Archiwum Domowe Krystyny Prońko

reklama