Mieszkanie Hanny Samson w starej kamienicy na warszawskim Mokotowie znajduje się blisko ruchliwej ulicy, ale dzięki temu, że okna wychodzą na podwórko, nawet w lecie panuje tam cisza i spokój, słychać śpiew ptaków. Zupełnie jakby znaleźć się daleko od miasta. Cicho jest też na tarasie, który ona sama nazywa swoim życiowym osiągnięciem.
Z Hanną Samson, pisarką i psycholożką, rozmawia Agnieszka Wójcińska.

Kiedy umawiałyśmy się na spotkanie, powiedziała pani, że w swoim domu najbardziej lubi balkon...

Balkon albo taras. Nie wiadomo, jak go nazywać, bo niby wisi w powietrzu, ale opiera się na słupach. I ma swoją historię. Kiedy kupiłam mieszkanie, w miejscu dzisiejszego tarasu nawet okna nie było, tylko szafa ścienna.

Jak to?

Gdy weszłam do tego mieszkania, od razu się w nim zakochałam. Ale nie wyobrażałam sobie domu bez wyjścia na świat, zwłaszcza że mam zwierzęta. I taras wziął się z tej potrzeby. Aż się prosiło, żeby go zbudować, bo to jest tylna ściana naszej kamienicy. Wychodzi na sąsiednie podwórko i okna w niej były nieregularnie rozmieszczone, jedno więcej mogło tylko dodać uroku. Pomyślałam, że taras tę ścianę ozdobi i nikomu nie będzie przeszkadzał.

Ale chyba nie tak łatwo wybudować sobie taras, szczególnie w starej kamienicy, a do tego na wyjątkowo wysokim parterze?

Fakt. Najpierw poszłam do gminy z pytaniem, czy to w ogóle możliwe. Odpowiedź brzmiała, że nie jest niemożliwe. Wtedy kupiłam mieszkanie i... zaczęła się droga przez mękę. Formalności było tyle, jakbym budowała wieżowiec. Załatwiałam je półtora roku. Musieli zgodzić się wszyscy mieszkańcy, konserwator zabytków, uzgadniałam szczegóły z ciepłownią i innymi instytucjami. Moja wspólnota zgodziła się od razu, ale dwie sąsiednie, na których podwórko miał wychodzić taras, najpierw powiedziały „nie”. Spotkałam się jednak z nimi, jak już miałam projekt, zrobiony przez świetną architektkę Martę Smarzyńską. I on wszystkich przekonał, bo drewniana konstrukcja na tle cegieł naprawdę dobrze wygląda.

Z jakiego drewna go pani wybudowała?

Najpierw był z sosny, ale po dziesięciu latach sosna w kilku miejscach przegniła, więc w zeszłym roku zrobiłam remont i teraz jest z egzotycznego drewna, droższego, lecz i bardziej trwałego. Przedtem był masywniejszy, ale teraz też mi się podoba. Naprawdę jestem z nim związana. Uważam go za jedno z moich życiowych osiągnięć. No bo kupić mieszkanie bez balkonu i wybudować go – to jest coś. Choć drugi raz bym się na to nie porwała.

A zwierzęta, z powodu których taras powstał, to…?

Wtedy były dwa psy i kot. Mała suczka Dolly niedawno umarła, miała 18 lat, mojej kotki Józi też już nie ma. Została sześcioletnia Tycia, wielkie psisko, która jako szczeniak była najmniejsza z miotu i stąd jej imię. Po dziadku dostała umaszczenie amstafa, więc swoim wyglądem wywołuje panikę, szczególnie u rodziców z dziećmi, ale jest łagodna, wręcz ciapowata. Bardzo lubi leżeć na tarasie i patrzeć, co się dzieje. Nie mogę przeboleć, że na podwórku wycięto sporo drzew, bo balkon był w nich schowany. Jedno drzewo przewróciło się podczas wichury i profilaktycznie wycięto kilka innych, nawet bzy, nim zdążyliśmy zareagować.

Ma tam pani stół, fotel, krzesła. Zdarza się pani jadać na tarasie posiłki?

Rzadko. W lecie albo pracuję intensywnie, albo moje życie toczy się w letnim domu.

Czyli gdzie?

To stara chałupa niedaleko Pułtuska, przeniesiona z pobliskiej wsi, położona w dość odludnym miejscu, nie nad samą Narwią. Też ma związek ze zwierzętami, bo wydawało mi się, że jeśli mam psy, powinnam je zabierać do lasu albo za miasto, a gdzie jechać z psami? Trzeba mieć własne miejsce. Ta potrzeba dojrzewała we mnie przez lata i bardzo się cieszę, że w końcu ją zrealizowałam. Ja też mam tam wolność i przestrzeń. Lubią ten dom moja córka Kasia i jej chłopak, to miejsce, gdzie spotykamy się rodzinnie. A Tycia i Nano, czyli pies mojej córki, są tam szczęśliwe.

A wracając do tarasu, jak wygląda jego życie, jeśli jest pani w mieście i ma czas z niego korzystać? I dlaczego to pani ulubione miejsce?

Zwykle drzwi na taras są otwarte i staje się on po prostu częścią mieszkania. Nie jestem hedonistką i w życiu ciągle się gdzieś spieszę, ale udaje mi się czasem siąść na tarasie z kawą i papierosem, i to duża przyjemność. Stoi tam wygodny rattanowy fotel. Czasem siedzę z laptopem lub książką. Lubię pracować na zewnątrz, niemal wszystko, co piszę w lecie, powstaje na tarasie, tu albo na wsi. Chyba wydaje mi się wtedy, że to wakacje, a nie praca. Na podwórku już nie ma tylu drzew, lecz taras jest osłonięty bambusami. Trochę jakbym była poza Warszawą, wśród przyrody, a nie w środku Mokotowa. A jak przychodzą goście i jest ciepło, naturalnie, że właśnie tu spędzamy czas. Ten balkon potrafi zmieścić nawet kilkanaście osób.

Dlaczego to wyjście na świat jest dla pani takie ważne?

Może dlatego, że chociaż wychowałam się w bloku, balkon zawsze był bardzo ważny. Na nim się odpoczywało, jadło kolację. Mieliśmy psa Dolara, który całe dnie spędzał na tym balkonie. Ale wszyscy lubiliśmy tam siedzieć. Pamiętam jeszcze jedną rzecz. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, pod nami był daszek i zakratowane okna na parterze. Zdarzało się, że w letnie wieczory, gdy rodzice gdzieś wychodzili i zamykali mieszkanie, wychodziłyśmy z siostrą przez balkon, a potem wracałyśmy grzecznie do łóżek. Znacznie później w jednym z moich mieszkań miałam malutki balkonik, a sąsiedzi pode mną ogród i mogłam tylko patrzeć z trzeciego piętra, jak tam było cudownie.

A w samym mieszkaniu, który kąt albo przedmiot należą do pani ulubionych?

Niemal wszystkie. A na pewno biblioteka i biurko po moim ojcu, przy którym ja dziś pracuję. Stały u niego w gabinecie, gdzie nikt nie mógł wchodzić, gdy pracował. Ale często tam bywałam, jak go nie było.
Do moich obowiązków od wczesnego dzieciństwa należało ścieranie kurzu w gabinecie. Codziennie specjalną szmatką, tak zwaną skurzawką, wycierałam wszystkie listwy i ornamenty, których jest tam sporo. Znałam każde wygięcie czy zagłębienie, rozpoznałabym dotykiem każdy fragment. Bardzo te meble lubiłam i traktowałam z namaszczeniem. Myślałam, że dorosły człowiek powinien mieć takie meble: ciężkie, porządne, piękne. I teraz je mam.

 

Rozmawiała: Agnieszka Wójcińska
Zdjęcia: Michał Przeździk

reklama