Reporterka, Magdalena Grzebałkowska najbardziej lubi spacerować bocznymi ulicami Sopotu i zaglądać ludziom w okna i do ogródków. Agnieszce Wójcińskiej opowiada o swoich miejscach w tym mieście oraz dlaczego kocha je tylko po sezonie.


 

Kochasz Sopot?

Najbardziej. Jak pisałam „Księdza Paradoksa” o księdzu Twardowskim, trochę mieszkaliśmy z rodziną w Warszawie. Wtedy jeszcze byłam na etacie w Gazecie Wyborczej, więc miałam redakcję na miejscu. No i wszyscy moi środowiskowi znajomi są z Warszawy. I tak myśleliśmy z Robertem, moim mężem, czy się nie przenieść do stolicy. Ale to jednak Sopot jest moim miastem – znam tu przelotki, drzewa, wiem, gdzie był jaki sklep. Pisałam o nim pracę magisterską, więc wiem, jaka była historia każdego domu, co kiedy powstało albo że przesuwano zakład balneologiczny. Mam to miejsce w krwiobiegu. I stwierdziliśmy, że szkoda by tego było, zostajemy.

 

Twoja miłość do tego miasta nie jest łatwa, kiedy zaczyna się sezon letni, ty zaczynasz narzekać...

To przez turystów. Od czerwca mamy prawdziwy najazd, nocne krzyki, tłumy. Jak skończył się sierpień i wreszcie wszyscy wyjechali, zrobiłam filmik z pustej plaży i wrzuciłam na Facebooka, wyrażając radość. Wiesz, ilu ludzi się odezwało, że mają to samo uczucie szczęścia?

 

Gdzie lubisz chodzić jak się tu uspokaja?

Zachwyca mnie tu każda ulica. Od roku mam chichuachua Toto, chodzę z nim na spacery i nieodmiennie mi się to podoba. Ale najbardziej lubię przejść się bocznymi ulicami: Westerplatte, Gojki. Gdy spaceruję z psem, ujawnia się moja natura reporterki. Podglądam ludzi, patrzę jak mają w ogródkach, jakie okna mają, na szczęście jeszcze nie wszyscy zasłaniają zasłonki. Uwielbiam patrzeć na dziewiętnastowieczne piece kaflowe, które w moim mieszkaniu się nie zachowały. Na klatkach niestety są domofony, więc tam nie zajrzę. Lubię czasem pójść do Muzeum Sopotu – nawet nie chodzi o wystawy, ale o klimat tego miejsca, przedwojennej willi zamożnych mieszczan. Natomiast jest wiele pięknych miejsc w moim mieście, do których w ogóle nie chodzę. Na przykład Łysa Góra, gdzie zimą jest wyciąg, jedyny w Polsce, z którego widać morze. W życiu na nim nie byłam, bo nie jeżdżę na nartach, ale widok jest przecudowny. Są Lasy Sopockie, ale ja za nimi nie przepadam, bo nie lubię lasów bukowych, które kojarzą mi się z Blair Witch Project i klimatem jak z horroru. Wolę iglaste.

 

 

Masz takie miejsca, gdzie co jakiś czas po prostu musisz pójść?

Górny Sopot, spokojniejszy, willowy. To rewelacja. Idziesz, oglądasz te stare domy, ogrody i umierasz z zachwytu. Za to staram się unikać Molo, bo w dzieciństwie chodziłam tam na spacer codziennie. Przemolowałam się. Poza tym dziś to nie to samo. Kiedyś deski były smołowane i ten zapach był przepiękny, a dziś są zwykłe i przez to jakieś plastikowe, wcale nie pachną.


 

A twoje ulubione knajpki i restauracje?

Kiedy piszę i po 12 godzin na dobę siedzę przy biurku na mojej werandzie, nigdzie nie wychodzimy. W ogóle rzadko jadamy na mieście. Mój mąż świetnie gotuje, a ja jestem domatorką. Ale lubię „Dwie Zmiany”, które prowadzi spółdzielnia artystów. To miejsce bez zadęcia, gdzie jest przepyszna kuchnia. Jest świetna pizzeria Tesoro przy Monciaku, którą prowadzą prawdziwi Włosi, więc jeśli już idziemy na pizzę, to tam. Ale trudno być sopocianinem, bo nami nikt się nie przejmuje, a knajpy nastawione są na przyjezdnych.


Niedawno odkryłam „Stację Sopot”, bardzo przyjemne miejsce, dobre jedzenie i jest w bocznej ulicy, więc lubimy tam chodzić. Ostatnio zjedliśmy tam obiad i pan pyta, jak nam smakowało, więc mówimy, że było przepyszne. A on prosi, żebyśmy zamieścili recenzję w internecie, bo strasznie im zależy, żeby turyści przychodzili. Mówię: nie ma mowy. Ale to oczywiście ma krótkie nogi, bo jeszcze zbankrutują.


 

Są w Sopocie miejsca, które lubiłaś jako dziecko, ale zniknęły?

Ciągle nikną. Tu obok na Szopena była smażalnia ryb, gdzie babcia kupowała mi flądrę, jak wracałyśmy z Molo. Lubię tę rybę, bo ma chrupiące płetwy i ogonki, jak czipsy. W miejscu jednego z pensjonatów stał kiedyś piękny budynek, który się już sypał, zwany „domem kioskary”, bo mieszkała tam pani Róża prowadząca kiosk na rogu, gdzie zawsze się chodziło po gazetę. A na rogu Sobieskiego i Szopena, gdzie stoi teraz dom koszmarek – połączenie wszystkich stylów architektonicznych świata, był bar Relaks. Nie ma też donatów na Monciaku, słynnych pączków z dziurką, tylko apartamentowiec, gdzie mieszkania są hiper drogie. Wiem, że to jest oczywiste i naturalne. Ale żal pozostał.


W listopadowym numerze Werandy Magdalena Grzebałkowska opowiada o swoim mieszkaniu w Sopocie. Zapraszamy do kiosków!

reklama