W tym domu miesza się świat Tomasza, poważnego, spokojnego publicysty, i utalentowanego plastycznie Marcina, pełnego emocji artysty. Nad nimi unosi się duch Zygmunta, krytyka zakochanego w operze, a wszystko razem tworzy barwną całość.

 

 

WERANDA: Tomku, widzę, że Marcin nie tylko urządził ci życie, ale też dom.


Tomasz Raczek: Prawda? Jest nie tylko świetnym pisarzem i grafikiem, lecz także projektantem wnętrz. Ma plastyczną wyobraźnię, która budzi mój podziw.

 

On się niczego nie boi: zestawia kontrastowo przedmioty i kolory, stare z nowym, dzieła sztuki z kiczem. Obok wyrafinowanych grafik Lenicy i starej porcelany stoją turkusowy manekin, amarantowe pelikany i kolorowa lodówka turystyczna. A wszystko razem tworzy harmonijną całość. Umiesz w tym żyć?


Nauczyłem się. Dla mnie jest to stylistyczna burza mózgu. Zawsze się zastanawiam, jak wyglądałoby moje życie, gdybym 25 lat temu nie poznał Marcina? Bo z urządzaniem wnętrz jest u mnie jak z gotowaniem – potrafię docenić dobrą potrawę, ale nie umiem gotować. On jest artystą: nie tylko wie, co jest dobre, ale potrafi też to zrobić. Więc nawet jeśli na początku pewne pomysły dekoratorskie wydają mi się zbyt karkołomne, to po chwili (czasem dłuższej, przyznaję) czuję, że miał rację. Najpierw protestuję, potem doceniam. On mnie bije na głowę moderowaniem przestrzeni. Steruje nią, chociaż marynarzem to ja zawsze chciałem zostać. Nasz dom jest ogromny, ale rozgrywa się w pionie. Na pierwszy rzut oka tego nie widać, bo ma konstrukcję latarni morskiej, która, jak wiesz, jest moim życiowym drogowskazem. Zawsze marzyłem o mieszkaniu nad samym morzem, dlatego też tak nazwaliśmy nasze wydawnictwo – Latarnik.

 

Pierwsze książki, które wydaliście, były związane z Zygmuntem Kałużyńskim. Pamiętam, jak razem z Jankiem Sosińskim zrobiliście film dokumentalny „Pół życia w ciemnościach”, zapisujący ostatnie miesiące jego życia. I w czasie rozmów Zygmunt przyznawał, że jesteś dla niego kimś najważniejszym: pół przyjacielem i pół synem.


Dlatego, kiedy odszedł, postanowiliśmy razem z Marcinem wydać jego publicystyczną schedę, a w naszym domu nadać temu, co po sobie zostawił, wyjątkową rolę. W każdym pomieszczeniu Zygmunt jest obecny.

 

Cały czas czuję, że to dom nie dwóch bardzo ciekawych mężczyzn, ale trzech. Czy tu, na półpiętrze, jest jego biblioteka? Masz tę słynną winylową płytotekę, która obejmuje pełną kolekcję klasyki, opery i jazzu?


Tak! Jak aerozol rozproszył się po naszym życiu, i, oczywiście, po każdym zakątku domu. Na dole jest wydawnictwo imienia Zygmunta Kałużyńskiego, a na każdym piętrze widać jego obecność.

 

Jak się poznaliście?


Dostałem go z ręki mojego ojca. Miałem 13 lat, gdy tata dał mi na urodziny książkę Kałużyńskiego „Nowa fala zalewa kino”. Z takimi słowami: „Jeśli się interesujesz filmem, to musisz ją przeczytać, bo jej autor pisze inaczej niż wszyscy”. Przez lata przypominałem sobie to zdanie! Choć ojca nie ma już od ćwierć wieku, to wiem, że było ono jego kluczowym przekazem dla mnie. Zrozumiałem, że inność nie jest gorsza, tylko ciekawsza. Pokazał mi, jaki ma stosunek do świata, i to pomogło mi później zaakceptować ten świat. Kiedy poznałem Zygmunta osobiście, mój ojciec był tym faktem zachwycony, później bardzo się szanowali i lubili. Obaj kochali muzykę, tata był wykształconym pianistą i, chociaż skończył też ekonomię, to jego pasją, jak Zygmunta, była muzyka. On uczył mnie słuchać klasyki…

 

A mama gdzie była wtedy?


W kuchni (śmiech). Po śmierci ojca Zygmunt nadal pomagał mi rozwijać fascynację muzyczną, był również utalentowanym pianistą, nawet koncertował. W moim rodzinnym domu zawsze grała muzyka symfoniczna, taka „do Strawińskiego”, u Zygmunta słuchałem tej „od Strawińskiego”, więc miałem cały przegląd. Kiedyś go poprosiłem, żeby mi pomógł zrozumieć muzyczną awangardę XX wieku i dał spis utworów, które powinienem poznać. Myślałem, że zapomniał, ale nie – po trzech miesiącach przyniósł mi zeszyt z wypisanymi maczkiem płytami, których powinienem wysłuchać. Ja je wszystkie zdobyłem i przesłuchałem, a ten notes mam do dzisiaj.

 

Byłam u was przed wielu laty w pierwszym domu nad Zalewem Zegrzyńskim. I widzę teraz, w tym drugim, jak bardzo wasza relacja się zmieniła, jak dojrzała, umocniła się i wypełniła wolnością. Teraz macie swoje obszary, wasz związek jest jak ten dom: wspólny salon, biblioteka, twoje piętro i na kolejnej kondygnacji jego penthouse. Pozwalacie sobie na urządzanie własnej przestrzeni w zgodzie ze sobą: ty masz gabinet zrównoważonego myśliciela, on piętro barwnego, emocjonalnego artysty o duszy dziecka. Salon łączy ogień z wodą i uczy wzajemnej tolerancji.


Masz rację. Szukaliśmy domu, który pozwoliłby nam żyć trochę razem i trochę osobno. On jest inwencją twórczą, ja krytykiem. W sprawie obrazów w salonie poprosiłem tylko Marcina, żeby poszukał portretów mężczyzn. Zależało mi na tym aspekcie wspólnej migotliwej przestrzeni – żeby nie było w nim pierwiastków kobiecych, bo nie czułbym się wtedy sobą. W sprawach artystycznych Marcinowi ufam. Bywa, że kręcę nosem, ale ufam. Poza tym wiszą na ścianach plakaty z polskiej szkoły plakatu filmowego, a także wielki Bond – takie gigantyczne afisze stosowano raczej na Zachodzie.

 

Miłość – poczułam ją od razu, kiedy tutaj weszłam, w wypieszczonych detalach i przenikających się waszych pasjach. Widać, że to wnętrze tworzyliście dla siebie nawzajem.


Mnie to bardzo wzrusza, serio. Zobacz, ten antyczny niemiecki biletomat kinowy to jego prezent dla mnie, ogromnie mi się podoba. Kiedyś stały takie w kasach, wychodziły z takiej maszynki tekturowe bilety.

 

Tomku, wracamy na twoje pierwsze piętro. Lubisz klimat marynistyczny, masz dużo latarni morskich i nawet koło sterowe z kutra na balkonie.


Marcin podarował mi prawdziwe mapy z kapitanatu portu w Gdyni i wiszą nad moim biurkiem, żeby mnie dobrze prowadzić, kiedy piszę. Wszystkie moje marzenia mieszczą się w tym gabinecie. Tu jest mój okręt. Kiedy miałem 10 lat, to w prezencie dla rodziców zrobiłem książkę – skleiłem kartki A4 z naklejonymi pocztówkami przedstawiającymi statki, a pod nimi napisałem odręcznie historie o morzu. Na okładce umieściłem tytuł „Monografia morza”.

 

Miałeś 10 lat i wiedziałeś, co to jest monografia???


Nooo… (śmiech).

 

Hm, byłeś przerażającym jedynakiem, któremu gotowało się w głowie. A dlaczego nie zostałeś tym marynarzem?


Zostałem! W 1987 roku, ostatnim roku służby TSS Stefan Batory, byłem oficerem rozrywkowym na statku. Mam busolę, mnóstwo elementów marynistycznych, głównie latarni morskich, ale fascynuje mnie też historia Titanica i nawet powiesiłem obraz, który – dla mnie – przedstawia bal na pokładzie tonącego kolosa, chociaż wiem, że tylko w mojej wyobraźni.

 

Siedzisz przy biurku jak na mostku kapitańskim, piszesz, rozmawiasz, sterujesz swoim światem…


…i słucham muzyki, najchętniej soulu i jazzu, choć całkiem niedawno zrozumiałem, że lubię każdą, byleby była dobra.

 

Za łazienką masz ukrytą sypialnię, ale rozpoznaję w niej meble Zygmunta: jego ukochany fotel, szafkę typu niciak obok łóżka i secesyjną komodę. Tutaj też czuć jego ducha.


On jest wszędzie obok nas. Zygmunt zapisał mi całe swoje wyposażenie, a ja te jego przedmioty traktuję nie jako sprzęty, ale jako część jego energii, którą się otaczam i która służy mi do życia. Zależało mi na tym, żeby nie robić gabinetu pamiątek, ale żeby żyć z tym wszystkim, żeby to wniknęło w naszą codzienność. Ten cejloński batik, który przywiozłem z podróży i powiesiłem nad łóżkiem, oraz buddyjskie cytaty w formie makat też nawiązują do tego, co jest dla mnie ważne i – pośrednio – do ludzi, którzy są mi najbliżsi. Nawet kapa jest ze sklepu sprzedającego buddyjskie akcesoria. Medytuję zgodnie z techniką vipassana. Nie jestem buddystą, ale powiesiłem sobie na ścianie sentencje Buddy. Najbliższa jest mi ta: „Sposobem na szczęście jest mieć serce wolne od nienawiści, a umysł wolny od strachu”. Uważam, że większość zła na świecie bierze się ze strachu, ludzie, którzy się boją, łatwo zapalają w sobie nienawiść. Pies, który się boi, gryzie.

 

Każdy, kogo przeraża agresja innych ludzi, powinien posiedzieć chwilę w waszym salonie, w świecie wolności, koloru i zabawy, gdzie mieszka turkusowy manekin w hełmie na głowie.


Marcin kupił go na aukcji, ale ponieważ był, jak to manekin, wykastrowany, to uzupełnił piękne ciało o ważną część i pomalował wszystko farbą olejną. Niestety, na silikonowym detalu farba nie chciała zaschnąć. Przychodzili do nas goście i co chwilę ktoś się skarżył, głównie panie, włącznie z redaktorkami naczelnymi kobiecych magazynów, że manekin wybrudził im dłonie. A my wiedzieliśmy, czego goście dotykali, więc po jakimś czasie postawiliśmy obok manekina zmywacz do paznokci, żeby ułatwić odczyszczanie gości. I co było najbardziej zdumiewające? Moja mama też się pobrudziła! Manekin wysechł wreszcie, gdy wyjechaliśmy na kilka tygodni. Ale ta pułapka przekonała nas, że wszyscy, niezależnie od poglądów i orientacji, po prostu kochamy życie. 

 

Tekst: Katarzyna Nazarewicz
Zdjęcia: Leo Zappert

reklama