werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Historia dwóch kółek

Kolekcje

Wyglądał zupełnie jak współczesny rower. Miał nawet łańcuch i zębatkę. Ale narysowany został w XVI wieku. Szkic Leonarda da Vinci sklejony z inną kartką przeleżał na półce pięćset lat – odnaleziony został pół wieku temu. A szkoda. Gdyby odkryto go wcześniej, pewnie szybciej wsiedlibyśmy na welocypedy, a pierwsi śmiałkowie uniknęliby niejednej wywrotki.

Drezyny i trzęsikości

Pierwsze, zaprojektowane przez XIX-wiecznych zapaleńców pojazdy były ciężkie i niewygodne. W 1816 roku baron Karl Freiherr Drais von Sauerbronn wynalazł „maszynę biegową”, którą wprawiano w ruch, odpychając się nogami. Nazwał ją Laufsmachine, czyli biegmaszyną, a potem (od swojego nazwiska) drezyną. Oryginalny model stoi w muzeum w niemieckim Karlsruhe. Waży 45 kilogramów i można się na nim rozpędzić do 10 km/h.

Drezyny szybko stały się ulubioną zabawką dandysów – w 1819 roku odbył się w Niemczech pierwszy wyścig tych pojazdów. Zachęcony sukcesem, von Drais próbował udoskonalić konstrukcję. Wprowadził uruchamiany linką hamulec (dotąd, żeby się zatrzymać, kierowca potrzebował solidnej podeszwy), wyściełane siodło o regulowanej wysokości i wreszcie licznik. Ale drezynowe szaleństwo szybko się skończyło, gdy pojawiły się tanie, byle jak zrobione podróbki. Nawet w nowoczesnym Nowym Jorku rada miejska zakazała używania ich w miejscach publicznych. Von Drais umarł zgorzkniały i bez grosza przy duszy.

Pierwszy rower z pedałami pojawił się w 1839 roku, a jego autorem był Kirkpatrick MacMillan, 26-letni szkocki kowal. Pedały przymocował do dwóch ruchomych ramion przy kierownicy. MacMillanowi udało się na nim rozpędzić do 13 km/h. Kiedy pewnego dnia wybrał się na przejażdżkę, na ulicy zebrał się tłum gapiów. Ponieważ w ścisku poturbowano jakieś dziecko, kolegium ukarało rowerzystę za zakłócanie porządku grzywną. Jednak sędziego tak zainteresował wynalazek, że podobno sam zapłacił ową sumę, by w zamian przejechać się na dziwnym wehikule.

A to był dopiero początek rowerowych eksperymentów. Oto bowiem w 1869 roku bracia Pierre i Ernest Michaux otworzyli pierwszą fabrykę pojazdów, które zaczęto nazywać bicyklami, welocypedami lub kołowcami. Co bardziej złośliwi mówili na nie „trzęsikości”, tak były niewygodne. Poza tym, zbudowane z drewna i żelaza, niemiłosiernie hałasowały. Aby jeździły szybciej, stale powiększano przednie koło.

Do tego stopnia, że pojazd stał się wywrotny. I wtedy w 1868 roku Guilmet i Meyer opatentowali łańcuch, a pedały przenieśli na środek welocypedu. Kariera roweru nabrała rozpędu. Wkrótce Anglik Harry J. Lawson przerzucił napęd na tylne koło (1879 rok), a John K. Starley wprowadził ramę z rur oraz koła o równej średnicy (1885 rok). Ten ostatni wyprodukował Rover (co znaczy wędrowiec, włóczęga) i nazwa się przyjęła. W końcu w II poł. XIX wieku bracia André i Edouard Michelin wynaleźli gumowe opony. Trzęsikości stały się lekkie i poręczne.

To nas wyzwoli

W europejskich miastach końca XIX wieku kto chciał być modny, nie mógł nie mieć roweru. W Paryżu światli panowie zamiast na koniach wybierali się do Lasku Bulońskiego na welocypedach. W Polsce pierwszy wyścig odbył się w Warszawie w Ogrodzie Krasińskich w 1864 roku. Zorganizował go Władysław Romanowski, właściciel wytwórni pojazdów i rowerów, a dochód z imprezy przekazał dla biednych.

Trzydzieści dwa lata później w stolicy powstał tor kolarski na Dynasach, który zyskał miano jednego z lepszych w Europie; przyjeżdżali tu trenować kolarze zagraniczni. Odbywało się wiele imprez: Wyścig Dookoła Polski w 1928 roku czy mający wówczas olbrzymie znaczenie polityczne Wyścig do Morza Polskiego.

Nowy wynalazek okazał się nie tylko praktyczny, szybki i nowoczesny. Stał się też symbolem niezależności i swobody obyczajowej. Wystarczy popatrzeć na strój cyklistek: podkolanówki i bermudy zamiast spódnicy, męskie pantofle na gumie, dopasowana bluzka.

„To wszak nie mężczyzna”, pisał Georges Montorgueil w książce „Les Parisiennes d'a présent”. „Ta postać jadąca na rowerze w szarawarach, z odsłoniętymi łydkami, bez gorsetu, w kapeluszu o płaskim denku (...) Czy to kobieta? Sprężysty szybki krok, ręce w kieszeniach, poruszająca się bez towarzysza, przesiadująca na tarasach kawiarń, z nogą założoną na nogę, śmiało zabierająca głos – to jest właśnie rowerzystka”.

Sławni na rowerach

Zostać cyklistą łatwo nie było, bo poruszanie się na bicyklu wymagało niemal akrobatycznych zdolności. Na pierwszych rowerach, z drewna i stali, nie wszędzie też udawało się dojechać (w Warszawie dopiero trzydzieści lat po tym, jak pojawił się pierwszy jednoślad, zezwolono na przejazd rowerem po wszystkich ulicach miasta).

Ekscentryczne wyprawy często kończyły się wypadkami, co skrupulatnie odnotowywały kroniki towarzyskie. Słynna była na przykład kraksa Sienkiewicza, który jadąc na modelu bez hamulców, spadł i rozbił sobie głowę. Po tym wydarzeniu poproszono go, aby prezesował Warszawskiemu Towarzystwu Cyklistów. Do roweru się nie zraził. Ciekawe, że dochodząc do zdrowia po wypadku, zaczął pisać „Quo Vadis”.

Można więc zaryzykować stwierdzenie, że na rowerach powstawały wielkie dzieła. Dowód? Albert Einstein przyznał kiedyś, że nad teorią względności rozmyślał podczas rowerowych przejażdżek. Czy tak samo nad swoim chemicznymi wzorami zastanawiała się Maria Curie-Skłodowska? Pewności nie ma. Ale faktem jest, że choć niechętnie śledziła wszelkie nowinki, rowerowi dała się uwieść. Miała najnowszy model, z dwoma kołami tej samej wielkości i pompowanymi oponami. Kierownicę zdobiła girlanda kwiatów. „Tylko w chlapaninę wolimy kolej" – pisała do znajomego. W niedziele krążyła z mężem rowerami po Paryżu, a latem 1895 roku wyruszyli na rowerach na północ, nad morze.

Równie wielkim entuzjastą bicykla okazał się Bolesław Prus, choć cierpiał na agorafobię, czyli lęk przestrzeni. Kiedy w 1891 roku nauczył się jeździć na nowym wynalazku, kupił sobie tani model za 5 rubli srebrem, garnitur z barchanu i wyprawiał się na całe dnie w okolice ukochanego Nałęczowa. W jednej z kronik napisał: „A więc czytelniku i czytelniczko! Jeśli masz pieniądze, kupuj rower. Nie wyobrażaj sobie, że w nim siedzi diabeł, nie lękaj się trudów początkowej nauki, nie lekceważ go jako zabawkę, ale naucz się jeździć i wyjeżdżaj jak najczęściej i najdalej za miasto. W krótkim czasie zgrubieją ci muskuły, odzyskasz sen, apetyt i dobry humor, staniesz się człowiekiem zdrowym, dzielnym...”.

Ale najsłynniejszym Polakiem na rowerze był Kazimierz Nowak. Zapalony podróżnik w latach 1931-1936 jako pierwszy pokonał samotnie na dwóch kołach Afrykę. Z trasy wysyłał relacje, które publikowały polskie i zagraniczne pisma. Kilka razy cudem uniknął śmierci. Jego wyprawa do dziś rozpala umysły – właśnie trwa sztafeta rowerowa przez Afrykę śladami podróżnika. PS. W warszawskim Domu Spotkań z Historią trwa wystawa „Cykliści – sympatycy, pasjonaci, mistrzowie”. Czynna do 29 maja.

Józef Konstanty Majewski, kustosz prywatnego Muzeum Nietypowych Rowerów w Gołębiu pod Dęblinem, www.muzeumrowerow.pl

Znajomi nazywają mnie profesorem rowerologii stosowanej. W muzeum nie zanudzam długimi wykładami o historii, tylko proponuję przejażdżki. Mam pięćdziesiąt modeli. Sam je zaprojektowałem, zrobiłem i przetestowałem. Najbardziej lubię te poziome: jeździ się na nich półleżąc, w wygodnym foteliku zamiast na siodełku, z nogami wyciągniętymi do przodu – wtedy opór powietrza jest mniejszy i można szusować szybciej. Ale są i bardziej zaawansowane modele: czasem kierownica umieszczona jest pod siedzeniem, czasem jeździ się, leżąc na brzuchu. Rower galopujący to jeszcze inna bajka – oś obrotu jest poza środkiem koła i dlatego podczas jazdy czujemy się jak na koniu.

Moja pasja zaczęła się, gdy miałem piętnaście lat. Wtedy każdy chłopak zafascynowany Wyścigiem Pokoju marzył o własnym rowerze, ale o nowy było trudno. Pociąłem więc dwie stare ramy, kuzyn pomógł mi je pospawać i tak miałem mój pierwszy tandem. Wzrosła moja pozycja wśród rówieśników, a koleżanki zaczęły się mną interesować. Jedna nawet tak bardzo, że do dziś jest moją żoną.

Potem już jako nauczyciel w Zespole Szkół Zawodowych w Dęblinie wpadłem na pomysł, by wrócić do rowerów. Zacząłem szkolić uczniów, jak samemu go zmajstrować. Wyciągaliśmy stare ramy ze strychów i złomowisk, następnie szkicowaliśmy projekt, robiliśmy model z zapałek w skali 1:10, potem z listewek 1:1. Cięliśmy, spawaliśmy. Młodzież miała frajdę i przy okazji gotowe prace dyplomowe.

Po godzinach robiłem rowery dla siebie. Na ulubionym, poziomym potrafiłem w jeden dzień zrobić dwieście kilometrów, a wieczorem pójść jeszcze na dancing. W końcu tyle mi się tych wehikułów nazbierało, że stworzyłem dla nich obok domu osobne pomieszczenie-muzeum. Zapraszam i szkolne wycieczki, i osoby prywatne. Rodzice mogą się przejechać ze swoimi dziećmi rikszą.


Tekst: Monika Utnik-Strugała
Fotografie: Stockfood/Free, East News, Forum, Fotochannels, BE&W, Flash Press Media, Medium, Bulls, Ons, Shutterstock.com, Getty Images/FPM, Corbis

reklama
reklama
reklama