werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Retro łazienka

Kolekcje

"Każę ci zrobić wannę w kształcie konchy, a ty będziesz w niej jak kosztowna perła...". Nie zawsze kąpiel i jej atrybuty traktowaliśmy z taką miłością. Na szczęście zawsze bliskie nam były piękne przedmioty. Herkules w kąpieli odzyskiwał siły, Hera i Afrodyta… dziewictwo. I nie myślcie, że szorowali się w drewnianych cebrzykach, co to, to nie.

Wanna, ręcznik, mydło


Ówczesny rytuał kąpielowy możemy poznać dzięki „Iliadzie”: pot zmywano w morzu, następnie wstępowano w pięknie wygładzone wanny, by zażyć relaksu w wodzie. Również dla starożytnych Rzymian kąpiel była nie tyle zabiegiem higienicznym, co seansem oczyszczającym ciało i umysł. Publiczne termy przypominały pałace – otoczone ogrodami, promenadami, ozdobione bajecznymi mozaikami i malowidłami, które do dziś inspirują projektantów. Ponieważ rzadko kogo stać było na skanalizowanie domostwa, prywatnymi pokojami kąpielowymi mogli poszczycić się jedynie patrycjusze. Ich wanny – z marmuru, porfiru, srebra – warte były majątek.

Znano też mydło – od czasów fenickich wytwarzano je z roślin wydzielających pianę. Najpopularniejszą z nich – mydłownik – zwano „psimi goździkami”. No cóż, nad zapachem trzeba było jeszcze popracować. Mydlarstwo stało się intratnym przedsięwzięciem, a nawet, we wczesnym średniowieczu, gałęzią przemysłu. Było specjalnością Marsylii (do dziś słynącej z doskonałego mydła), Genui i Wenecji, skąd kupcy rozwozili je po dworach i targach Europy. Polacy nie gęsi, też swe mydła mają i to już w XIV wieku. Wyrabiane są w Płocku i Nowym Sączu.

Zalety kąpieli zachwalał takimi oto słowami Mikołaj Rej z Nagłowic: „w łaźni gorzałeczką a barskim mydełkiem grzbiet nacierają”. Używano też ręczników. Najlepsze w Europie pochodziły, jak większość wykwintnych tkanin, z Niderlandów oraz… z Gdańska, bo tam schronili się przed wojnami religijnymi holenderscy tkacze. Były drogie, ale godne pożądania.

Magnateria i mieszczanie mieli w gotowalniach przynajmniej kilka delikatnych, haftowanych atłasem i złotą nicią, a nawet koronkowych ręczników. Na co dzień używano konopnych, lnianych lub lniano-bawełnianych, szorstkich, lecz pobudzających krążenie. W ogóle opowieści o tonącym w brudzie średniowieczu to gruba przesada. Przecież to czasy rozkwitu łaziennego biznesu – w całej Europie powstawały dochodowe łaźnie stacjonarne lub objazdowe. Właściciel takiej firmy przyjeżdżał na zamówienie z wanną, w której kąpała się cała rodzina: od państwa poprzez dzieci na czeladzi skończywszy.

Pachnidło, puder, młoteczek

Stacjonarne łaźnie publiczne cieszyły się taką popularnością jak dzisiaj hipermarkety. Urządzano w nich spotkania towarzyskie, nawet wesela, podczas zabiegów higienicznych piło się, jadło i, oczywiście, flirtowało. Nic dziwnego, że ówcześni moraliści uznali je za gniazdo szatana. W sukurs poszli im księża; ważna była czystość duchowa, a potrzeba umartwiania objawiała się między innymi właśnie w unikaniu kąpieli (niejeden doświadczył jej wyłącznie podczas chrztu!), spaniu w habicie i butach. W takich oto okolicznościach Europa pożegnała się z higieną i jej atrybutami. Łaźnie publiczne zamknięto, domowych nie było.

W częstym myciu dopatrywano się źródła zarazy, która dziesiątkowała kontynent. Nie bacząc na urodzenie czy majątek – ludzie kisili się we własnym sosie. Brud przysłaniali wymyślnymi strojami i posypywali pudrem, dziury w niemytych zębach ukrywali pod kwaśnymi minami, brudne włosy – pod wielkimi perukami.

Bogate damy, jak choćby królewską metresę madame de Pompadour, stać było na złote młoteczki i kowadełka do tłuczenia wszy, biedota drapała się i czochrała tradycyjnie. Polska była wówczas istną oazą czystości. Podróżujący po naszych ziemiach markiz de Hauteville w 1674 roku pisał: „nie ma lepszego domu, który by nie posiadał łazienki (...).

Damy ich i córki kąpią się co miesiąc, a dzieci od urodzenia do trzecich urodzin kąpie się dwa razy dziennie”. Używano głównie cebrzyków, szaflików, balii do prania lub objazdowych wanien. Jeśli ktoś urządził sobie wymyślą łaźnię, to plotkowano o niej niemal w całym kraju, jak o tej z pińczowskiej rezydencji Wielopolskich. Uciechy musiało być z nią sporo, i to niekoniecznie związanej z myciem, bo nietypowe posągi odwracały od niego uwagę. Ale jakże by inaczej, skoro: „Okróp pędzi z gęby lwowi
Zimna woda niedźwiedziowi”.

Szorować, obcinać, czesać

W 1736 roku znudzony ciągłym zatykaniem nosa Jean-Baptiste de la Salle napisał poradnik dbania o higienę osobistą. Dokonał epokowego odkrycia, stwierdzając, iż należy szorować zęby, a także obcinać co osiem dni paznokcie. Zmęczył się widać tą pisaniną okrutnie, bowiem włosy radził oczyszczać... pudrem i otrębami. Sądząc po misternie ułożonych splotach, używano grzebieni (znano je od tysięcy lat). Były śliczne: z rogu, kości słoniowej, srebra, złota, rzeźbione.

Młode mężatki dostawały w posagu grzebienie do spinania włosów z filigranu, czyli misternej koronki ze złotych lub srebrnych drucików, często wysadzane ametystami, perłami, koralami. W XIX wieku modne zrobiły się grzebienie ze skorupy żółwia szylkretowego – można je znaleźć i dziś wśród pamiątek po prababci. Na szczotki do zębów spoglądano z podejrzliwością. Wynaleźli je wprawdzie Chińczycy, ale urodą ani trochę nie przypominały delikatnej porcelany. Z bambusowego kijka sterczała groźnie szczecina z karków wieprzy syberyjskich. Obrzydlistwo!

Czysta twarz i ręce stały się w XVIII wieku elementem kodeksu społecznego. Gest podania drugiej osobie wody do umycia dłoni oznaczał uprzejmość i przyjaźń. Nie było rady, ludzie zaczęli myć całe ręce, a nie tylko palce po jedzeniu. I do jednej, i do drugiej czynności trzymano w domach specjalne miednice i miseczki.

Niestety – jeszcze w drugiej połowie stulecia myto tylko te części ciała, których nie osłaniał ubiór. Ceniono jednakże przyjemne zapachy – aby odświeżyć oddech, trzymano w ustach wodę cynamonową, a pod pachami i na biodrach noszono wonne saszetki. To właśnie w tym czasie w Niemczech, pojawiła się słynna woda kolońska, nazwana tak na cześć Kolonii – gdzie po raz pierwszy została wyprodukowana. Wciąż łatwiej było spotkać misterne butle z pachnidłami niż wannę.

Miednica z nalewką

W urokliwych powieściach Jane Austen w każdym panieńskim pokoiku stoi już porcelanowa lub fajansowa misa z dzbankiem. Naczynia mają wdzięczne kształty, nierzadko są ręcznie malowane w kwiaty. Zaczyna się wiek XIX – nie będzie to wprawdzie era czystości, ale miednice i nalewki z miedzi, cyny, niekiedy srebra, staną się elementem wyposażenia szanującego się dworu nie tylko w Anglii czy Francji, ale i w Polsce.

Do kompletu dołączają mydelniczki, podstawki na gąbkę, kubki do płukania zębów. Wszystko ukryte jest za drzwiczkami umywalni – ustawianej w sypialni szafki z lustrem oraz kamiennym blatem, pod którym stoi wiaderko na brudną wodę. Miednice coraz częściej zastępowane są przez umywalki. Najpiękniejsze powstawały w epoce królowej Wiktorii. Ręcznie malowane we wzory roślinne lub zwierzęce stawiano na blatach albo ozdobnych cokołach.

W fabrykach porcelany do kompletu wyrabiano muszle klozetowe takiej urody, że żal było używać, a także uchwyty kranów i kafelki ścienne. Wreszcie – triumfalnie – powraca wanna! Dzięki rozwojowi przemysłu metalowego na Wyspach, urządzenie na początku XIX stulecia przestaje być ekskluzywną fanaberią. Miedziane, blaszane lub żeliwne wkrótce zaczynają rywalizować z prysznicem. Coraz więcej osób dostrzega uroki samej kąpieli, a nie tylko przedmiotów związanych z czystością czy też maskowaniem jej niedostatku. W domach powstają łaźnie i pokoje kąpielowe.

Dziś, zupełnie jak w czasach antycznych, łazienki zamieniają się w prawdziwe salony – z oknami, wyjściem do ogrodu, pełne pięknych i cennych bibelotów, nierzadko obrazów lub mebli. Szukamy w nich czegoś więcej niż tylko czystości.


Tekst: Joanna Halena
Wykorzystano: „Przechadzki po dawnych wnętrzach” Anny Sieradzkiej, Oficyny Wydawniczej Volumen;
„Skąd my to mamy” Marii Ziółkowskiej, Wydawnictw Naukowo-Technicznych;
„Niezwykłe dzieje zwykłych rzeczy” Charlesa Panami, Książki i Wiedzy;
„Epoka Regencji. O higienie w czasach Jane Austen i nie tylko...” Magdaleny Knedler ze strony internetowej http://www.janeausten.pl;
„Qvo vadis” Henryka Sienkiewicza
Fotografie: Herbeau, Kohler, Hansgrohe, katalogi aukcyjne, Norbert Banaszyk/DADA, archiwum

reklama
reklama
reklama