Można je uznać za kicz albo wychwalać pod niebiosa. Jedno jest pewne – serwisów katowickiego Steatytu nie da się z niczym pomylić ani przejść obok nich obojętnie.

 

Skarby z pawlacza

 

Mieszkał u babci w meblościance. Paradny serwis: cztery filiżanki i dzbanek, całe w bielach, wściekłych czerwieniach i złocie. Biada temu, kto próbowałby pić z niego kawę! Serwis miał przynosić chwałę swojej właścicielce, a nie wyszczerbiać się w służbie gości profanów. Taki los przypadł w udziale wielu wyrobom katowickiej wytwórni porcelany Steatyt – były zbyt luksusowe lub zwyczajnie niepraktyczne. Głównie stały i błyszczały, wyjmowane raz do roku na czyszczenie. Potem ich czas się skończył. Zawędrowały na pawlacze. Dzięki temu zachowały się w świetnym stanie – ku uciesze współczesnych kolekcjonerów i miłośników stylu vintage.

 

Steatyt to ewenement nie tylko z powodu nietypowego wzornictwa. Założona w 1947 roku przez Zygmunta Buksowicza, była jednym z nielicznych prywatnych przedsięwzięć, któremu udało się działać tak długo – przez niemal pół wieku. Zaczynała jako fabryka porcelany elektrotechnicznej i pewnie padłaby już po kilku latach, gdyby nie biznesowy geniusz jej założyciela. Po załamaniu się rynku na początku lat 50. Buksowicz gładko przeszedł od produkcji izolatorów i przepustów do ceramiki dekoracyjnej: wazonów, popielniczek etc. Zreorganizował zakład – zatrudnił nowych pracowników (podkupując ich od okolicznych wytwórni), nawiązał współpracę z Izbą Rzemieślniczą i odniósł sukces.

 

Tańcząca porcelana

 

Początkowo firma zarabiała głównie na produkcji kopii wzorów zagranicznych (np. Rosenthala). Ale Buksowicz, jak na rasowego biznesmena przystało, bacznie obserwował rynek. Gdy zauważył popyt na nowoczesny dizajn, ruszył do ataku. Zaprojektował razem ze współpracownikami i wypuścił na rynek porcelanę tak nowatorską, że dizajnerzy z Instytutu Wzornictwa Przemysłowego zbledli z wrażenia. Dynamiczne, zrywające z tradycją kształty, feeria kolorów plus złoto. Czegoś równie ekscentrycznego PRL jeszcze nie uświadczył. Owszem, przy tak odjechanym projektowaniu zdarzały się wpadki. Wiele wyrobów firmy z tamtego czasu zachwyca, ale od patrzenia na inne może rozboleć głowa. To nie zmienia faktu, że „steatyty” z okresu prosperity firmy, czyli lat 60., błyskawicznie stały się rozpoznawalne. Charakterystycznie „tańczące”, niewiarygodnie powyginane wazony i dzbanki czy kolorowe filiżanki o złotych środkach, choć często niewygodne w użyciu, awansowały na pozycję najbardziej pożądanych prezentów ślubnych, rocznicowych etc.

 

Ikony polskiego dizajnu

 

Biznesowo-artystyczny geniusz Buksowicza objawił się raz jeszcze, gdy jakość dostępnej masy porcelanowej gwałtownie się pogorszyła. Nie mogąc utrzymać poprzednich standardów produkcji, szef Steatytu zarządził wprowadzenie dekoracji fakturowych. W ten sposób jednocześnie zatuszował niedostatki materiału i stworzył nowy, przebojowy produkt. Złota era wytwórni zakończyła się w połowie lat 70., kiedy władze wyprosiły Buksowicza z budynków, które firma zajmowała od początku istnienia. Co prawda Steatyt po krótkiej przerwie wznowił działalność, ale już nic nie było takie jak dawniej. Buksowicz wrócił do bardziej tradycyjnych, sztampowych form i kopiowania zagranicznych wzorów. Firma zakończyła działalność w 1994 roku – niecałą dekadę przed tym, jak powróciła moda na rodzimy dizajn z lat 50. i 60. Od tamtej pory wyroby Steatytu z bazarów i targów staroci przeniosły się do dużych domów aukcyjnych i na półki modnych hipsterskich galerii. I znowu mają własne, przeszklone szafki i reprezentacyjne półeczki, na których mogą wieść spokojny żywot ikon polskiego dizajnu.

 

Tekst: Weronika Kowalkowska

Zdjęcia: Arkadiusz Podstawka, Muzeum Narodowe w Katowicach, DESA Katowice

 

reklama