Podpatrywał malujące dzieci, fascynowały go okręty na morzu i figury w górskich kapliczkach. Józef Hałas tworzył poezję – na płótnie.
 

Józef Hałas to przede wszystkim poeta – uważał krytyk Jerzy Stajuda. Jego prace są co prawda geometryczne, ale idą w kierunku magii i bajki. Mariusz Hermansdorfer pisał, że nie jest w nich ważna „organiczna struktura”, lecz aura, którą roztaczają. Sam malarz opowiadał zaś, jak Hasior zrobił mu wystawę w swojej galerii, a obok obrazów położył zeszyt. Do niego wpisywała się młodzież: „Po co Pan maluje te bakterie?”.
 

Dzieci małe i duże

„Całe moje malowanie jest powrotem do okolic dzieciństwa, tematów, zafascynowań” – wspominał po latach artysta. Okrawki pamięci: łapanie z bratem błękitnego motyla, widok ozdób choinkowych, deszcz padający na rzekę Poprad w Żegiestowie, dokąd jeździł z ojcem na ryby. Józef dorastał w Nowym Sączu, jego rodzina trafiła tu ze Lwowa. Ewakuowano ich na początku wojny. Ojciec był kolejarzem, miał artystyczne zdolności: grał na skrzypcach i klarnecie, próbował malować. Matkę chłopak bardzo kochał. We wspomnieniach chwila szczęścia: światło na podłodze, mama stoi w drzwiach, w radiu koncert.
 

reklama


 

Dzieci i dzieciństwo towarzyszyły mu przez całe życie. W latach 50. malował figuratywne, geometryczne obrazy z „dziewczynkami”. Do innych prac inspirowała go córka żony, przedszkolak. Dawał jej i koleżankom papier i farby i patrzył, co malują. „Dzieci pięknie dobierają kolory, ale robią to przez przypadek, idą na żywioł”. Jego własne artystyczne wybory były jednak bardzo przemyślane. To cecha każdego dobrego malarza, może z wyjątkiem takich fenomenów jak Nikifor Krynicki. Józef go znał, kupował jego prace, nim zyskały popularność. Mówił o samouku, że to „taki ptaszek, który pięknie śpiewa, ale nie wie, co śpiewa”.
 

PEjzaż i Łódeczki z Łupin

Na wrocławskiej ASP początkujący artysta uczył się u Eugeniusza Gepperta, pokazał swoje prace na słynnej wystawie w Arsenale. Górska turystyka i żeglarstwo – te młodzieńcze pasje odbijały się echem w jego malowaniu. Uwielbiał pejzaże z rodzinnych stron, kochał też wędrówki. Dzielił tę pasję z żoną Magdaleną. Wybierał na mapie miejscowość na plener, jechał tam, robił zdjęcia, czasem jakieś gwasze. Przede wszystkim jednak, jak opowiadał, chłonął „istotę rzeczy”. „Góra, droga, wnętrze – to mnie fascynowało” – mówił po latach. Potem powstawały serie prac inspirowane wnętrzem stodółek, w których sypiał, czy figurami w kaplicach przydrożnych.
 

Wielką miłością darzył też morze. Podróżował statkiem do Amsterdamu i do Egiptu. Malował serie obrazów poświęconych okrętom i bezkresnej wodzie, a w jego domu można było znaleźć mnóstwo łódeczek zrobionych z łupin orzechów. Morze było dla niego idealnym „modelem”. Dzieliło płótno na pół – dół to była rzeczywistość, góra – sfera marzeń. „Niezwykłość natury tkwi w jej zwyczajności” – powiadał artysta.
 

Pamięć utrwalona

Od 1946 roku Józef prowadził rodzaj artystycznego pamiętnika. Na skrawkach papieru notował na szybko przemyślenia. Część z nich potem przepisywał na maszynie i ozdabiał niewielkim malunkiem. Stajuda się nie mylił – Hałas był poetą, człowiekiem obdarzonym wielką wrażliwością, wyobraźnią i zmysłowością. Z proustowską precyzją powracał w notatkach do przeszłości, łączył ją z teraźniejszością. Wędrówki po gó- rach i morskie podróże, opowieści o córce Kasi, impresje z wernisażu studentki – było tu miejsce na wszystko. Także to, co przykre, jak choćby odmowa wydania rodzinie paszportów na wyjazd do Bułgarii. Często powracał temat muzyki. Artysta uwielbiał muzykę poważną, słuchał jej bardzo głośno, leżąc na tapczanie. W ten sposób mógł chłonąć ją całym sobą.
 

W 2010 roku Józef Hałas, emerytowany już profesor wrocławskiej ASP, pokazał prace zatytułowane „Duże Figury”. Inspiracją były ikony z cerkwi Bojańskiej w Sofii. Zobaczył je podczas wycieczki do Bułgarii równo 51 lat wcześniej. Wtedy zrobił kilka gwaszy, teraz powrócił do tematu. Swoją artystyczną aktywność kwitował czasem żartobliwie: „Zrobiłem kolejnego knota”. Zmarł półtora roku temu.

Za pomoc w napisaniu artykułu dziękuję pani Magdalenie Mielnickiej z mia Art Gallery.

Tekst: Staszek Gieżyński