Maluję wyłącznie w plenerze, bo w pracowni obraz nie ma tej jędrności – tłumaczy Jerzy Gnatowski, przez wielu uznawany za ostatniego polskiego pejzażystę.

Na ulicy Lubelskiej w Kazimierzu Dolnym jest aż czternaście galerii i pracowni. Wśród nich Jerzego Gnatowskiego. Gdy otwiera ją o 9.00, na drewnianym płotku czekają już wróble. Wiedzą, że dostaną coś do jedzenia. – Taki ze mnie św. Franciszek – żartuje artysta. O 10.00 chodzi na małą czarną do kawiarni Rynkowej. A potem wsiada w samochód i rusza przed siebie. Codziennie. Twierdzi, że „taki ma imperatyw”. – Maluję z samochodu, gdzie mam pracownię, i gdzie mało kto zagląda – mówi. – Krępuję się tworzyć publicznie – przyznaje. – Dla mnie to rzecz bardzo intymna. Co innego za granicą, gdzie jestem incognito, ale w Kazimierzu wszyscy mnie znają.

Rzeczywiście, do galerii co rusz zaglądają przyjaciele i przypadkowi turyści. Czasem ktoś pyta, ile czasu zajęło mu namalowanie któregoś z obrazów. A on odpowiada, że pięćdziesiąt lat. Bo artysta uczy się całe życie. Z czasem nie musi się już zastanawiać, jak urobić kolor na niebo, ale nadal „mocuje się” z oddaniem klimatu. Chciałby, żeby ten, kto ogląda obraz, odczuł to samo, co on. Śmiejąc się, dodaje, że jeszcze wszystko przed nim. – Nigdy nie malowałem naiwnie jak dziecko. A mówią, że jeśli ktoś nie przeszedł w życiu jakiejś fazy, wcześniej czy później go to czeka.

Natura go fascynuje. – Człowiek staje się przy niej łagodniejszy, pokorny – mówi. Na plenery wybiera miejsca dziewicze, nieskażone cywilizacją – ostatnio był w koszalińskiej wsi Osieki. Bardzo lubi Toskanię za jej słońce i nasycenie barw. Taki południowy koloryt ma również Kazimierz. – Najpierw przyjeżdżałem tu z Warszawy raz w miesiącu. Potem raz na tydzień odwiedzałem stolicę – śmieje się. Od 1988 roku mieszka w domu z widokiem na Wisłę i nie zamierza się stąd ruszać. – Wsiąkłem w ten Kazimierz, trawy, zioła i zapachy.

Tekst: Monika A. Utnik
Fotografie: archiwum artysty

reklama