werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Chuligan sztuki

Artyści

Łobuz, alkoholik, malarz i myśliciel - Jerzy Ryszard Zieliński.

Jurry – Polska B – przedstawiał się nowo poznanym osobom. Był niewielkiego wzrostu, a twarz pooraną miał bliznami. Nosił się ekstrawagancko – kolorowe spodnie, do tego kurtka mundurowa z szamerunkami i epoletami. Znała go cała śmietanka artystyczna Warszawy i wszyscy menele z Pragi. Jurry – skrót od imion Jurek  Ryszard – był artystą niespokojnym o wielkiej wrażliwości, ale i skłonnym do bitki łobuzem. Niektórzy się go bali, inni podziwiali. Jurry żył  niczym rockandrollowiec – intensywnie i krótko.

Pod skrzydłami Cybisa

Urodziłem się z powodu ojca Wincentego (vincere – zwyciężać) i matki Zofii (sophia – mądrość) dnia 1 czerwca (stąd Międzynarodowy Dzień Dziecka) – notował Jurry w odręcznie sporządzonym życiorysie. Na świat przyszedł, jak powiadał, w Raju, czyli miejscowości Paradyż (paradis – raj). Rodzice mieli gospodarstwo, jemu już od dzieciństwa nie w smak była praca w polu. Wolał rysować, lepić z gliny figurki i pisywać patriotyczne wierszyki.

Chadzał własnymi drogami. Pewnego razu, jeszcze w podstawówce, zgubił się w Krakowie podczas szkolnej wycieczki.  Czy raczej – postanowił pozwiedzać miasto sam. Autobus wrócił bez Jurka. On do domu dotarł trzy dni później – zabiedzony, ale zdrowy. Ojciec ukuł wtedy powiedzonko: „wrócić jak Jurek z Krakowa”.

Uczył się w liceum pedagogicznym, ale nauczycielem nie zamierzał zostawać. Z rysunkami i rzeźbami pojechał do Warszawy zdawać na ASP. Już w korytarzu dowiedział się, że „na egzamin nie wolno pożyczać prac od studentów starszych lat”. Komisja spytała, kto go uczył. – Ojciec  – odpowiedział Jurry. – A co wykłada ojciec? – dociekali egzaminatorzy. – Jak to co? Skibę na roli. Został przyjęty i trafił do pracowni rzeźby, by, jak mówił, móc w spokoju malować to, na co miał ochotę.

W końcu zmienił jednak specjalizację  na malarstwo i trafił pod skrzydła Jana Cybisa.  Zamieszkał w sławnej Dziekance – akademiku ASP. Jego współlokatorem był kolega ze studiów, Jan Dobkowski. Szybko odkryli wspólne zainteresowania. Stworzyli artystyczny duet, który nazwali NEO – NEO – NEO. Pierwszą wystawę prac  zrobili w Klubie Medyka. Zawiesili pod sufitem  trumienkę z wypisanymi nazwami różnych kierunków sztuki, które chcieli pogrzebać. Gdy uroczyście przecięli wstęgę, otworzyły się woreczki z kolorowymi pigmentami, te z kolei wpadły  do baniaka z wodą, tworząc barwny wzór. 

Był jeszcze „bieg do sławy”. Ubrani w dresy  z wypisanymi na plecach pseudonimami  (Jurry i Dobson) malarze biegali na czas po klubowych pomieszczeniach. Ekspozycja okazała się sukcesem, pojawił się nawet Cybis z żoną.

„Chcemy robić inne malarstwo od tego, które jest” – opowiadali artyści dziennikarzom. – Co na to wasz profesor? – dopytywali żurnaliści. – Tylko tyle: „co ja powiem, co ja powiem, co ja powiem”.

Jurry i Dobson byli ostatnim rocznikiem  absolwentów, których wykształcił Cybis. Stary  malarz na zajęcia przychodził rzadko,  nie przeszkadzała mu też droga artystyczna, którą wybrali jego podopieczni. Jurry miał zresztą z wiekowym kapistą wiele wspólnego. Obydwaj nie  lubili malarstwa anegdotycznego i uważali,  że obraz ma nie być dekoracją. No i oczywiście malowanie dla pieniędzy nie wchodziło w grę.

Kufloteki i Palomka

Jurry skończył studia z oceną bardzo dobrą. Był rok 1968, już po wydarzeniach marcowych. Grupa NEO – NEO – NEO wzięła udział w wystawie poświęconej secesji, która jeszcze bardziej rozsławiła ją w artystycznym światku. Powstała seria zdjęć, na których obaj malarze biegają.  Tak po prostu. Po torowisku na ulicy, w Muzeum Narodowym przed „Bitwą pod Grunwaldem”. Bieganie jako czynność pozbawiona podtekstu ideologicznego. Antyhappening.

Duet jednak się rozpadł. Jak mówił Dobkowski: ja doszedłem do dwóch barw, on do trzech.  Inaczej rzecz ujmowała Krystyna Brzechwa:  Dobsona uratowała żona. Przed czym? Przed wpadnięciem w alkoholowy wir towarzyskiego życia Warszawy. Dzień wyznaczał rajd po knajpach: SPATiF, Ściek na Trębackiej, Klub Architekta, ZPAP. W ciężkiej atmosferze pomarcowej glątwy ulgę przynosiły nasiadówy przy wódce  i papierosach. Jurry wsiąkł w ten klimat zupełnie.  Dobson dzięki żonie trzymał się na uboczu.

Życie toczyło się utartym schematem. Jurry tułał się po Warszawie, mieszkając a to w akademikach, a to kątem u znajomych. Malował,  jeździł na plenery, wystawiał. I pił. Miał naturę łobuza i lubił się bić, więc na twarzy co rusz przybywało szram.

Bił się na ulicy i w knajpach, z furią rzucając się nawet na przeważające siły przeciwnika. Na plenerach „w pierwszych słowach swego listu” zaprzyjaźniał się z tubylcami i całe dnie spędzał w miejscowych kuflotekach.

Pewnego razu, w Białowieży, zorganizował w hotelowej knajpie konkurs na rzucanie kotletem w sufit. Przyleciała kierowniczka i go obsobaczyła. Jurry obraził się i przez dwa dni nie wychodził z pokoju. Sama Białowieża zrobiła na nim duże wrażenie. Współczuł mieszkańcom, którzy bezskutecznie sprzeciwiali się rabunkowemu wyrębowi puszczy. Przyrodę kochał chyba najbardziej na świecie.

W 1973 roku poznał na wystawie Dobkowskiego swoją przyszłą żonę, Wiesławę. Oprowadził ją po ekspozycji, numer telefonu zanotował na mankiecie koszuli. Wzięli ślub cywilny. Jurry  wystroił się w śliwkowy garnitur, żółtą koszulę  i zielony krawat. Potem przyszła na świat córka Agnieszka, którą nazwał „Palomką” – od Palomy Picasso. Przez krótki czas mieszkali w niewielkiej pracowni na Pradze.


 

Jurry przyjaźnił się z okolicznymi żulami. Rozdawał im specjalnie namalowane obrazki. Nieufnie traktował go dzielnicowy, sądząc, że jest kolejnym złodziejaszkiem. By przełamać lody, Jurry pokazał mu swoje obrazy.  Milicjant, jak się okazało, był niespełnionym malarzem. Po wizycie zapewniał, że „obywatel  artysta” jest jedynym człowiekiem na całej Ząbkowskiej, którego on nie musi już legitymować.

Niegroźny wariat

Żona nie wytrzymała długo z łobuzującym twórcą. Jurry został sam, ale dalej wiódł cygańskie życie. A to zwymiotował na wystawie jakiegoś profesora ASP, za co przepraszał ogłoszeniem w „Sztandarze Młodych”, a to na innym wernisażu grał w piłkę z Erną Rosenstein. Pielęgnował znajomości z praskim elementem, co okazało się  całkiem przydatne.

Pracownię w okolicy dostała Aleksandra Krupska i oczywiście była przerażona nowymi sąsiadami. Ktoś doradził wizytę u Jurry’ego. Krupska wspominała, że malarz poprosił ją do siebie, a tam rozłożony stół, na nim wino, wódka, czosnek, chleb i sól. Wkoło sam kwiat dzielnicy, ze dwudziestu chłopa. Jurry zagaił: „K…, jakby mi któryś tknął tę kobietę, to ja mu k…, z dupy nogi powyrywam”. Wypili bruderszaft  i od tej pory żadnych nieprzyjemności nie było.

W 1975 roku Jurry znalazł się na cenzurowanym. Do tej pory traktowano go jako niegroźnego wariata. Mijało właśnie 30 lat PRL. Jurry namalował obraz „xxx”. Na płótnie usta – jeden z jego ulubionych motywów. Wargi złączone są trzema iksami, niby szwami nici. Skandal polityczny! Zaroiło się wkoło od tajnych współpracowników bezpieki, podobno był nawet plan, by malarza zwerbować. W końcu nic z tego nie wyszło, bo Jurry uznany został za element niepewny.

Trzy lata potem, pierwszego maja, zorganizował spontaniczną wystawę okolicznościową. Wyniósł z pracowni obrazy i rozwiesił je na płocie przy Ząbkowskiej. Oczywiście bez zgody cenzury.

Wszystko to sprawiło, że coraz bardziej wypychany był z oficjalnego obiegu sztuki. Pił też coraz więcej. Miewał napady padaczki alkoholowej. Spędził pół roku na odwyku, ale bez skutku.  Rankiem 5 marca 1980 roku sąsiadka znalazła  go na bruku przed domem. Nie przeżył upadku z okna swojej pracowni.

Przyjęto dwie wersje wydarzeń: wypadek i samobójstwo. Drzwi zamknięte były na kłódkę od zewnątrz. Być może koledzy, wychodząc po popijawie, spłatali mu psikusa, a on próbował po gzymsie przejść do okna na klatce schodowej. Robił tak już wcześniej.  Sąsiadka najpierw zeznała jednak, że malarz miał ręce złożone na piersiach i powiązane drutem. Potem wycofała swoje słowa. Sprawy do tej pory nie wyjaśniono.

Pogrzeb odbył się w Paradyżu,  jadący autobusem z Warszawy goście spóźnili się na uroczystość. Próbowano jeszcze wymusić  na księdzu wykopanie trumny i ponowne jej  zakopanie, ale ten naciskom nie uległ.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Wykorzystano: Marta Tarabuła, ed. „Jurry  – Powrót Artysty”, Galeria Zderzak, Kraków 2010
Fotografie: Galeria Zderzak, Kraków

reklama
reklama