reklama

Mistrz i prowokator

Artyści

Gdziekolwiek się pojawił, tam wybuchał skandal. Cokolwiek namalował – afera. Franciszek Starowieyski miał nieprzeciętną osobowość i zdanie na każdy temat.

W murach redakcji „Werandy” osoba Franciszka Starowieyskiego wzbudzała dwojakiego rodzaju uczucia: po pierwsze głęboki podziw, po drugie lekką panikę. Malarz, zwany kurtuazyjnie Mistrzem, współpracował z nami dawno temu, pisząc felietony o antykach. Wiedzę miał ogromną, zarówno praktyczną, jak teoretyczną, na dodatek opowiadał zawsze znakomite anegdoty. Podziwialiśmy go.

Panika przychodziła, gdy wszystko to trzeba było spisać. Bo mistrz gadał godzinami, dziennikarz mozolnie wszystko zapisywał, a przy autoryzacji zawsze okazywało się, że jakiekolwiek próby redagowania tego monologu spotykały się z ostrym sprzeciwem autora. Trzeba było kombinować, jak tylko się dało, uładzać Mistrza, pochlebiać, aby zaakceptował tekst. Boje toczone były o każdy przecinek.

Efekt: tekst, którego napisanie powinno zająć trzy godziny, powstawał trzy dni. Nasze drogi w końcu musiały się rozejść. Dziś, rok po jego śmierci, pozostało wspomnienie o znakomitym malarzu, staromodnym estecie, prowokatorze, wielbicielu kobiecych kształtów i antycznych zegarów. Ile z rzeczy, które o sobie opowiadał, było prawdą, a ile konfabulacją? To zapewne wiedzą tylko najbliżsi. Ale obraz wyłaniający się z tych historii pokazuje z pewnością osobowość nieprzeciętną.

Wynalazek na k...

Mistrz urodził się 8 lipca 1930 roku w starej ziemiańskiej rodzinie von Bibersteinów, dzieciństwo spędził we dworze w Bratkówce. W domu mówiło się po polsku, niemiecku i francusku, a chłopiec wychowywał się pod czujnym okiem kolejnych guwernantek. Podobno od małego wahał się, czy ma być wielkim konstruktorem czy artystą.

Rozwój w tym pierwszym kierunku przerwała niefortunna przygoda, gdy pewnego razu zaprezentował rodzinnemu zgromadzeniu swój „wynalazek”. Na pytanie ojca, cóż to takiego jest, odpowiedział: „to jest kurwa”. Potem twierdził, że być może zasugerował się słownictwem rodzinnego szofera, z którym spędzał sporo czasu przy samochodzie. Tak czy owak, kara była dotkliwa, stał w chlewni na kamieniu w kałuży pełnej gnojówki. Ów incydent zmienił koleje życia małego Franka raz na zawsze, choć nie pozbawił miłości do mechanicznych urządzeń.

Wojenna zawierucha wygnała rodzinę z włości, uciekli więc do Łaszczowa na Lubelszczyźnie, gdzie majątek miał stryj Stanisław. Stryja i ojca zabrali pewnego dnia bolszewicy, ojciec nigdy nie wrócił. Mimo tej tragedii Starowieyski wspominał okres okupacji jako „umiarkowanie sielski”. Po wojnie poszedł do liceum, wreszcie postanowił dostać się do Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Krakowie.

Najświeższym kierunkiem w sztuce był socrealizm, machnął więc na egzaminie kobylaste dziełko pt. „Robotnik przechodzi w sferę szczęścia”. Zleciała się cała komisja, cmokała, oglądała i kandydata przyjęła. Sama konwencja socrealistyczna Starowieyskiemu nie przeszkadzała.

Twierdził, że był w niej pewien rygor potrzebny sztuce po lukrowanym postimpresjonizmie. W tamtych czasach przyjął także pseudonim Jan Byk: był to żart, apoteoza proletariackości, maska założona przez arystokratę, którego zdradzało samo nazwisko.

Burzliwe studiowanie

Na studiach poznał Tadeusza Kantora, który zrobił na nim ogromne wrażenie. Profesor zaprosił go kiedyś na imprezę, a młody malarz przeżył potem swoiste katharsis. Wracał kompletnie pijany środkiem Karmelickiej i „był sztuką, a sztuka była w nim”. Wtedy także stwierdził, że „sztuka to właśnie takie momenty osłupienia; reszta jest tylko rzemiosłem”.

Wreszcie przeniósł się do Warszawy na ASP, podobno dlatego, że krakowska profesura nie mogła znieść erotyków, które malował. W stolicy zaangażował się w odbudowę i zapisał do ZMP, choć bynajmniej nie z miłości do socjalizmu. Twierdził, że krajowi po wojnie trzeba pomóc, niezależnie od tego, kto u władzy stoi.

Gdy wiele lat później jakiś aparatyczyk spytał go, co mu się w socjalizmie podoba, a co nie, malarz odrzekł, że przeszedłby się po domach z milicją i... wytłukł roemery (kieliszki popularne w PRL-u). Jak to ujął: „Wy zwalczaliście wszystkie zwyczaje, te dobre i złe, ale tego jednego paskudnego nie przezwyciężyliście”. Jego flirt z ZMP nie trwał długo, rzucił legitymację w 1953 roku. Trzy lata potem w geście solidarności z węgierskimi powstańcami namalował plakat „Płaczący gołąbek pokoju”.

Franciszek Starowieyski - pierwsze czaszki

Po studiach został w Warszawie, bo przydzielono mu służbowe mieszkanie czy raczej barak na Saskiej Kępie. Jak mówił, miał 27 lat, własny dom, którego nie chciało mu się sprzątać, więc się ożenił z Ewą Stanny, scenografką. Oboje dużo pracowali dla teatrów. Po latach Starowieyski wyznał, że to był kompletnie stracony czas.

Nie obywało się jednak bez przygód z władzą ludową, bo artysta już wtedy lubił prowokować. Przed „smutnymi panami” musiał się tłumaczyć z plakatu o wdzięcznym tytule „Nie jedzcie buraczków”. Innym znowu razem rozgłosił, że jedną z prac stworzył pędzlem do golenia Marka Hłaski. Pisarz był wtedy na cenzurowanym, więc cała afera wzbudziła zainteresowanie stosownych organów.

Pierwszym sygnałem charakterystycznego stylu prac Starowieyskiego był datowany na 1962 rok „Franek V”. Przedstawiał narożnik XIX-wiecznego budynku, który przechodził w kształt czaszki. Ale dopiero w następnej dekadzie artysta wspiął się na szczyt popularności. W 1974 roku na festiwalu w Cannes otrzymał Grand Prix za plakat, rok wcześniej odebrał nagrodę na Biennale Sztuki Współczesnej w Sao Paulo. W swoich pracach ulegał tym samym fascynacjom.

Uwielbiał korpulentne kobiece kształty, czaszki, kości, ptasie głowy, węże i inne okropieństwa. Wyraźnie wkroczył na terytorium stylizacji barokowej, a od 1970 roku zaczął antydatować swoje dzieła o 300 lat. Później twierdził wręcz, że został opanowany przez ducha swojego przodka. Generalnie jednak tłumaczył: „Ja żyję w tamtych czasach, a reszta – to, co później się zdarzyło, aż do pozornego dziś – jest tylko kwestią wyobraźni”.

Performance z babą w tle

Wyrobił sobie znaną markę, choć nie zawsze zgadzał się z odbiorem swoich prac. Twierdził, że ludzie przypisują im magię, horror, demonizm i okrucieństwo, a tymczasem „(moi) ludzie są klasycznie doskonali jak z Rafaela, wszyscy moi ludzie mają wzniosłe marzenia, godne ruchy”.

Rozwiódł się z pierwszą żoną, założył drugą rodzinę. Pojechał na stypendium do Nowego Jorku, zaczął malować wielkie formaty. Potem zajął się czymś zupełnie innym: Teatrem Rysowania. Ideę zaczerpnął z obrazu Couberta, gdzie malującego twórcę obserwuje tłumek.

Pierwszy Teatr wspominał Marek Wiszniewski, dyrektor zamku w Świdwinie. Był sierpień roku 1980, w pobliżu odbywał się zjazd artystów, postanowiono przywieźć jakiegoś na zamek. Padło na Starowieyskiego, który zamek obejrzał i poprosił o udostępnienie ściany, to na niej coś namaluje.

Następnie zażądał łóżka, obiadu, paru piw i połówki wódki. Zeszły się też przebywające w pobliżu na plenerze studentki sztuki, które bez problemu namówił do pozowania nago. I tak przez dwa dni powstawał pierwszy Teatr Rysowania: ludzie wchodzili i wychodzili, artysta tworzył, modelki prezentowały wdzięki, wszyscy od czasu do czasu raczyli się kieliszeczkiem. Przez następne lata powstało tych teatrów dwadzieścia osiem.

Europa i byk

Skłonność do golizny stała się niejako firmowym znakiem Mistrza. Był skandalizujący, a świadomość tego skłaniała go do dalszych prowokacji. Stąd też i jego słynne powiedzenie o kobiecych wdziękach, że „cyc nie kutas, sterczeć nie musi”.

W latach 80. był bywalcem słynnej plaży w Chałupach, bo jak kiedyś przyznał, to jedyne miejsce w Polsce, gdzie można spotkać inteligentnych ludzi i z nimi porozmawiać. Z kolei poproszony w następnej dekadzie o namalowanie obrazu do polskiego przedstawicielstwa przy rządzie w Brukseli stworzył dzieło „Divina Polonia rapta per Europa profana”.

Przedstawia, zgodnie z tytułem, unoszoną gwałtem przez byka Polskę (czyli nagą kobietę) w towarzystwie innej damy – Europy. Zrobił się oczywiście mały skandal, bo dzieło miało wydźwięk wybitnie antyintegracyjny. Starowieyski kwitował to stwierdzeniem, że on tak to widzi, bo jest polskim nacjonalistą.

Niepokorna natura wielokrotnie dochodziła u niego do głosu. Mieszkał w warszawskim bloku, czego serdecznie nienawidził. Gdy spółdzielnia nie odnowiła pewnego razu fasad, wywiesił z okna wielometrowy malunek przedstawiający ogromną czaszkę. Innym razem zaproszony do telewizyjnego programu na dyskusję o współczesnej sztuce, po paru minutach jałowej gadaniny innych gości po prostu wstał, odpiął mikrofon i wyszedł. Oczywiście wszystko szło na żywo.

Franciszek Starowieyski - aukcyjny skandal

O swoich pracach mówił żartem, że tworzy, by móc kupować antyki. To była jego wielka pasja, a zbierał dosłownie wszystko, uznając, że kolekcje monotematyczne są nudne.

Na pchlim targu na Kole wzbudzał szacunek, a zarazem popłoch wśród handlarzy. Schlebiali mu, ale od czasu do czasu próbowali wciskać tandetę. Wtedy wyzłośliwiał się na ich ignorację. Na swoich rysunkach umieszczał często jakieś cyfry i wyliczenia, utrzymując potem, że to notatki dotyczące budżetu na zakupy staroci. Kiedy jednak otrzymał intratną propozycję stworzenia reklamy jednej z samochodowych marek, narysował... wymyślenie koła. Pieniądze nie były najważniejsze.

Prace Franciszka Starowieyskiego stały się na tyle popularne, że zaczęto je podrabiać. Sam mistrz wziął udział w prowokacji, podczas której za jego zgodą pokazano ekspertowi jednego z domów aukcyjnych fałszywkę. Obraz „Zjawa” został pozytywnie zaopiniowany, choć sam malarz wściekał się potem, że to przecież nijak nie jest podobne do tego, co robi.

Pod koniec życia wciąż tworzył, ale na zwolnionych obrotach. Mówił, że ciągle ma jeszcze – co za niemodne słowo – natchnienie. Znów prowokacyjnie stwierdzał, że gdy przychodzi wiosna, ma ochotę wyjść na łąkę i malować kaczeńce. Wszystko, „by szokować ekstremalnych twórców awangardy”.
Od lat chorował na serce, odszedł 23 lutego 2009 roku.


Tekst: Stanisław Gieżyński
Fotofrafie: Desa Unicum, Galeria Grafiki i Plakatu, Muzeum Śląskie w Katowicach, Rempex, Anna Bedyńska/Agencja Gazeta

reklama