reklama

Od Picassa do socrealu

Artyści

Dla jednych parias, dla innych wybitny przedstawiciel współczesnej sztuki. Aleksander Kobzdej przeżył flirt z socrealizmem, by w końcu odnaleźć własną drogę.

Źle się dzieje, gdy za sztukę zabierają się dyletanci. Co gorsza, dyletanci motywowani ideologicznie. Tak też się stało u zarania Polski Ludowej, gdy ówczesny minister kultury (oczywiście – oficer LWP) Włodzimierz Sokorski ogłosił zasady nowej, oficjalnej sztuki PRL-u. Miała być realistyczna w przekazie i narodowa w treści, wzorowana na najlepszych przykładach płynących ze Związku Sowieckiego.

Wszelkie eksperymenty formalne zostały z góry odrzucone. Nowy nurt nazwano socrealizmem. O dziwo, po ogłoszeniu tego epokowego odkrycia nie trzeba było długo czekać, aż artyści dostosują się do odgórnie narzuconego credo. Na pierwsze trzy Ogólnopolskie Wystawy Plastyków przysłano setki dzieł spełniających wyżej opisane warunki. Jednym z nich był obraz zatytułowany „Podaj cegłę”. Namalował go związany z sopockimi kręgami artystycznymi Aleksander Kobzdej. Zgodnie z tytułem na płótnie widniała trójka murarska podczas pracy.

Obraz zdobył tylko III nagrodę w konkursie, jednak szybko stał się symbolem estetyki socrealizmu i jego niemal sztandarowym dziełem. Autora zaszufladkowano jako oportunistę, który po prostu umiejętnie kadził ludowej władzy. Sprawa nie była aż tak prosta.

Twarz boksera

„Podaj cegłę” sprawiło, że Kobzdej natychmiast stał się postacią rozpoznawaną. Jego dzieło poddawano licznym analizom. Najciekawszą bodaj zaproponował na łamach „Przeglądu Artystycznego” Michał Krajewski, odznaczony tytułem Budowniczego Polski Ludowej. O sztuce oczywiście bladego pojęcia nie miał. Znał się za to na murowaniu. Oto jego komentarz: „Mur muruje się do sznura, warstwa za warstwą; układ cegieł w obrazku absolutnie niezgodny z praktyką”. Przedstawiał także zarzuty wobec rozmieszczenia robotników w kadrze.

Nie wiadomo, co na ten temat miał do powiedzenia Kobzdej. Murarzem nie był, jednak w czasie okupacji studiował architekturę na Politechnice Lwowskiej. W każdym razie do tematu murarskiego powrócił jeszcze w obrazie „Ceglarki”, potem zaś rzucił się w wir socrealistycznych przedstawień tak ważnych tematów, jak Dzierżyński na zesłaniu czy przygotowania do pierwszomajowych pochodów. Wydaje się, że zupełnie bez żalu porzucił swoje wcześniejsze malarskie eksperymenty, silnie związane z estetyką Picassa. Tego kroku do dziś wielu krytyków nie potrafi mu wybaczyć.

Tymczasem wizja służalczego wobec systemu artysty chwieje się w posadach, jeśli przyjrzymy się bliżej samemu człowiekowi. Wychowany we Lwowie, został wywieziony przez okupanta na roboty do Wiednia, skąd uciekł do Jugosławii i wreszcie trafił do Polski. Malarz Jerzy Tchórzewski tak wspominał Kobzdeja: „Twarz miał raczej boksera niż artysty, niezbyt urodziwą, ale sympatyczną. Miał także – co charakterystyczne – inny sposób bycia, w każdym razie nie krakowski”. Obaj panowie poznali się właśnie w Krakowie, w słynnej kawiarni Warszawianki.

Olek siedział z Mikulskim, Nowosielskim i kilkoma innymi malarzami, brylował w towarzystwie. Tchórzewskiego najbardziej wtedy zastanawiała swoboda, z jaką jego przyjaciele rozmawiają z teoretycznie sprzedajnym twórcą. Panowała atmosfera poufałości i przyjaźni. Krakowski malarz w końcu nie wytrzymał i spytał na osobności Mikulskiego o Kobzdeja. Okazało się, że przez pół roku studiowali razem na krakowskiej ASP. „Malował wtedy nowocześnie” – mówił, puszczając oczko, Mikulski – a teraz coś mu się pokręciło, ale to sympatyczny i porządny człowiek”.

Za plecami żołnierza

„Człowiek” faktycznie okazał się porządny i sympatyczny. Kobzdej zainteresował się malarstwem Tchórzewskiego, obejrzał jego obrazy, wygłosił kilka uwag i… zaproponował przeprowadzkę do Warszawy. Uważał, że sztuka Tchórzewskiego w Krakowie po prostu nie może zaistnieć. Krakus przystał na takie rozwiązanie i po ledwie kilku dniach znajomości wprowadził się do pracowni Kobzdeja, znajdującej się naprzeciw Pałacu Kultury.

Dom był otwarty, ciągle wpadali jacyś goście. Od czasu do czasu pomieszkiwał tam zaprzyjaźniony z malarzami Tadeusz Różewicz. Olek malował sporo, obecność ludzi zupełnie mu nie przeszkadzała. Potrafił machać pędzlem i jednocześnie rozmawiać. Bez skrępowania produkował kolejne obrazki wedle wskazań ministra Sokorskiego.

„Stosunkowo dużo podróżuję. Miałem więc okazję stwierdzić, że od świata nie można być oddzielonym” – pisał po latach. Faktycznie, to podróże wywarły największy wpływ na artystyczną ewolucję malarza. Na początku lat 50. pojechał do Budapesztu, potem do Związku Radzieckiego. Wreszcie odbył podróż marzeń do Chin i Wietnamu.

Początkowo w planach było tylko Państwo Środka, jednak udało się nakłonić decydentów, by wyrazili zgodę na wizytę także w ogarniętym wojną Wietnamie. Generał Giap właśnie zamykał Francuzów w okrążeniu pod Dien Bien Phu, walki trwały w całym kraju. Kobzdej z Wojciechem Żukrowskim i czeskim dziennikarzem przebyli blisko 3000 kilometrów przez dżunglę, pola ryżowe i wioski.

Efektem wycieczki było blisko 80 szkiców przedstawiających życie Wietnamczyków. Rysunki ukazały się drukiem, opatrzone komentarzem Żukrowskiego, który pisał: „Kobzdej malował z blokiem opartym o plecy żołnierza z eskorty, pracował w ciemnych izbach chłopskich chat na palach, kucając, klęcząc, a nawet leżąc, wciśnięty między obradujących wkoło ogniska”.

Jeśli chciał malować krajobrazy, miejscowi kamuflowali jego stanowisko w obawie przed atakiem nieprzyjacielskich samolotów. Te zresztą zdarzały się regularnie. Podczas podróży zamalowany brystol namiękał od wilgoci z powietrza, farby spływały, a malarz na każdym postoju suszył je przy ognisku. W pewnym momencie – jak mówił – był już tak zmęczony, że nie miał siły rysować. Wytrwał jednak, spełniając swoje dziecięce marzenie, by zobaczyć Indochiny.

Podobno jako dziecko zafascynowany był zdjęciem przywiezionym z Azji przez ojca, austro-węgierskiego poddanego, który brał udział w tłumieniu chińskiego powstania bokserów. Olek wrócił z wyprawy odmieniony. Jego rysunki posłużyły oczywiście jako tuba propagandowa przeciw kolonializmowi, autor dostał medal od rządu Socjalistycznej Republiki Wietnamu.

Malarz jednak tracił zainteresowanie realizmem. Fascynowała go chińska kaligrafia, skomplikowany gest, który tworzy nowe znaczenia. W Polsce zbliżała się odwilż, umierał socrealizm. Kobzdej malował serię „Gęstwiny”, zupełnie odległą od reżimowej estetyki. Mówił: „W sztuce trzeba iść na całego, ryzykować życie, kłaść wszystko na szalę”. Więc kładł i miał szczęście, że jego artystyczne wybory były trafione.

Olek miętosi materię

Zainteresował się informelem (abstrakcyjny ekspresjonizm), po pewnym czasie jednak go porzucił. Wyjechał kilkakrotnie na Zachód, gdzie reprezentował Polskę na wystawach, między innymi w Wenecji. Mówił, że jego zajęciem jest malowanie. Po informelu sięgnął do malarstwa materii. Tadeusz Konwicki, przyjaciel Kobzdeja, wspominał: „Olek miał szerokie, toporne dłonie o niezbyt długich palcach, jakby stworzone do miętoszenia materii”. I Olek materię miętosił, tworząc swoje „Szczeliny”. Łączył malarstwo z reliefem, zwracał uwagę na fakturę farby, kładł jej kolejne warstwy. Jego prace stały się gęste, nasycone mitologicznym niemal znaczeniem.

W rozmowie ze Zbigniewem Herbertem mówił: „Artysta nie ma ambicji przyozdabiania ścian. To dobre dla handlarza tapet”. Aleksander Kobzdej przestał być kojarzony z socrealizmem, stał się pełnoprawnym i cenionym współczesnym malarzem. Przyjął posadę rektora ASP w Warszawie, uczył także malarstwa w Düsseldorfie.

Nikt nie wiedział, jak mu się to wszystko udawało. Gdy liczni pisarze i malarze zmagali się z widmem socjalistycznej przeszłości, on szedł dalej, otoczony ludźmi, których darzył odwzajemnionym szacunkiem. Utrzymywał bliskie stosunki z Herbertem, Konwickim i Różewiczem – intelektualistami, którzy w czasach spętania komuną urośli do rangi sumienia narodu. Jak to się działo? Można chyba tylko odpowiedzieć ulubionym powiedzeniem Kobzdeja: „Normalnie, po ludzku”.

Być może chodzi jednak o filozofię sztuki, wyznawaną przez twórcę. Uważał, że historia malarza to historia jego obrazu, a nie nieszczęśliwych miłości i nieudanych samobójstw. Być może, jak sugerował Różewicz, „Podaj cegłę” jest po prostu świadectwem tamtych czasów. Świat ruszył naprzód, Kobzdej razem z nim. Stał się częścią artystycznej międzynarodówki: wystawiał w Europie, Meksyku i Brazylii.

Przyjaciele artysty byli święcie przekonani, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Czy raczej – w czepku. Podobno dosłownie pojawił się na świecie z resztką błony na głowie, którą zresztą rodzina przez wiele lat przechowywała. Konwicki mówił, że fart nie opuszczał Olka nigdy. Gdy jechali na grzyby do lasu, on potykał się o pierwszego prawdziwka tuż przy drodze, inni nic nie mogli znaleźć. Kiedy trafił do Pułtuska, od razu znalazł się jakiś miłośnik jego sztuki, który postanowił go ugościć.

Szczęście Kobzdeja nie opuszczało. Do czasu. Zachorował nagle, dała o sobie znać ameboza przywieziona z jednej z egzotycznych podróży. Konwicki w „Kalendarzu i Klepsydrze” pisał: „Tak odchodził w wieczność mój przyjaciel Olek. Odchodził bez fartu, pechowo i żałośnie. Ta śmierć wpełzła do niego jeszcze za życia”.

Aleksander Kobzdej zmarł 24 września 1972 roku. Jego ostatnim projektem artystycznym był „Hors Cadre”, seria obiektów – płaszczyzna nieograniczona ramami. W napisanym odręcznie wstępie do poprzedniej jeszcze wystawy artysta zwracał się do widza: „Czy nie wydaje się Tobie, że starając się kierować swoim losem, jesteś równocześnie produktem swojej biografii, że jesteś jednocześnie tworem historii i jej ogniwem?”. Stwierdzenie to w równej mierze dotyczy życia wyimaginowanego widza, jak i samego malarza.


Tekst: Stanisław Gieżyński
Fotografie: Gaga Galeria, katalogi aukcyjne, Bogdan Łopieński / Forum
Bibliografia: „Aleksander Kobzdej”, wstęp Wojciech Skrodzki, Warszawa, Galeria Zapiecek, 1974; „Aleksander Kobzdej: Zmagania z materią”, red. Józef Grabski, IRSA Publishing House, 2002; „Chiny i Wietnam w rysunkach Aleksandra Kobzdeja”, katalog wystawy, Warszawa, Zachęta, CBWA, 1954

reklama
reklama