reklama

Rodzina Brueghlów

Artyści

Czy talent przenosi się z pokolenia na pokolenie? Tak bywa, ale nie zawsze. Prawdziwi geniusze  nie rodzą się zbyt często. Doskonałym przykładem malarski klan z Niderlandów.

Wszyscy znają Pietera Bruegla, zwanego – dla odróżnienia od następców o tym samym imieniu – Starszym. Miał też inne przydomki: śmieszny Piotr, malarz chłopski, malarz burleski, nowy Hieronim Bosch. Jakby go tytułować, jedno jest pewne – był jednym z najwybitniejszych mistrzów późnego renesansu. Ba, pomimo że zmarł w 1569 roku, o całym XVI stuleciu mówi się, że to „wiek Bruegla”. Za życia był znany, lecz cenili go przede wszystkim „inteligenci”, czyli ówcześni humaniści, ludzie nauki i światli mieszczanie. Nie zdobył (ani nie zabiegał o to) pozycji na dworze królewskim czy magnackim. Mimo to stał się marką. Sława protoplasty rodu przeniosła się na kolejne pokolenia. I przetrwała niewiarygodnie długo – aż przez cztery generacje, do XVIII wieku.

Renoma klanu Brueghlów przekroczyła granice Niderlandów, dotarła do Włoch, Niemiec, Hiszpanii. Trzeba przyznać, że członkowie firmy byli fachowcami, poza tym – znali się na autopromocji. Do tego mieli rozliczne koneksje i rodzinne powiązania z innymi malarskimi rodami. To była niemal mafia artystyczna, działająca w Europie przez ponad dwa stulecia.

Bruegel czy Brueghel

Niestety, żaden z potomków nie dorównywał talentem ojcu dynastii. Za to wszyscy czerpali całymi garściami z jego dobrego imienia i dorobku. Sygnatura „Brueghel” magicznie działała na klientów. To tak, jak dziś Alessi, Mendini czy Starck – brand gwarantujący jakość produktu. A także wyznacznik ceny.

O tym wszystkim opowiada wystawa w rzymskim Chiostro del Bramante „Brueghel. Fascynujący świat sztuki flamandzkiej” (czynna do 2 czerwca). Polecam – arcyciekawy materiał porównawczy. Nieczęsto zdarza się, żeby cała dynastia była reprezentowana w jednym miejscu. Warto zapamiętać: w odróżnieniu od założyciela rodu Pietera, który w 1559 roku wyrzucił z nazwiska literę „h” i zaczął podpisywać się Bruegel, pozostali członkowie familii używali formy „Brueghel”.

Niejedyna to różnica. Ważniejsza jest zmiana w „ciężarze gatunkowym” dorobku protoplasty i jego potomków. Starszy (czy raczej najstarszy) malując, filozofował. Rozważał naturę rzeczy, naturę świata. Młodsi przedstawiciele dynastii nie mieli takich ambicji ani intelektualnego zacięcia. Obrazy traktowali jak dekorację wnętrz. Malowali głównie na zamówienia bogacącego się mieszczaństwa, podchwytywali mody, dostosowywali się do gustów.

Cofnijmy się jednak do czasów, kiedy Pieter Bruegel pobierał nauki. Terminował w malarskim warsztacie Pietera Coecka, którego żona była zdolną miniaturzystką. Jedna z córek Coecków, Mayeken, została potem żoną Pietera. Był po czterdziestce, kiedy doczekał się synów: Pietera II, nazywanego Młodszym albo Piekielnym, oraz Jana o przydomku Aksamitny. Chłopcy nie zdołali przyuczyć się do zawodu pod okiem ojca. Osierocił ich, gdy starszy miał lat pięć, a mały Jaś nie miał roku. Wychowaniem zajęły się matka i babka. Gdy dorośli, ich drogi się rozeszły.

Pieter Młodszy eksploatował dokonania ojca, malując niezliczone repliki, pastisze, a nawet falsyfikaty (!) jego najpopularniejszych cykli. Kiedy dochował się syna, kolejnego Pietera w rodzinie, dla porządku zwanego III, zrobił z niego współpracownika, specjalistę w powielaniu motywów z obrazów dziadka. Natomiast Jan poszedł samodzielną drogą. Spodobały mu się pejzaże, sceny i bukiety w eleganckich, miękkich tonacjach – stąd przydomek Aksamitny. Nick pasował też do poetyckiej natury i wykwintnego sposobu bycia chłopca. Miał około dwudziestki, gdy powędrował do Włoch. Mieszkał tam prawie dekadę, znajdując możnego mecenasa – mediolańskiego kardynała Borromeo. Dzięki temu po powrocie do Antwerpii od razu awansował na stanowisko nadwornego malarza arcyksiążąt. Przyjaźnił się z Rubensem, podawał nawet do chrztu jego syna Jana. Nie byle zaszczyt!

A co z jego dorobku przetrwało próbę czasu? Kwiaty, bukiety i wiązanki. Odtwarzane z naturalistyczną wiernością, na ciemnych tłach. Nie były to jednak kompozycje pozbawione podtekstów. Wyrafinowane kolorystycznie wiązanki z roślin kwitnących w różnych miesiącach! To, co niemożliwe w rzeczywistości, mogło zaistnieć na płótnie. Te malarskie oszustwa mówiły o przemijaniu, jednocześnie sprawiając oczom przyjemność. Po prostu – aksamitnie.

Przedsiębiorczy szwagier

Jan Aksamitny, dwukrotnie żonaty, doczekał się kilkorga dzieci, z których dwoje kontynuowało rodzinną tradycję: Ambrosius i Jan. Jan zawodowe szlify zdobywał w Mediolanie i Genui, zaś po powrocie do rodzinnej Antwerpii przejął pracownię po tacie i także podjął kwietną tematykę. Z kolei jego pierworodny potomek imieniem Abraham, przeniósł się do Neapolu, gdzie założył szkołę malarską. Malował poprawne kwiaty i owoce, pejzaże oraz trofea myśliwskie. Dekoracyjne i… puste.

Rodzeństwo Abrahama, Jan Pieter i Jan Baptist, też poszli w ślad rodzinnej tradycji. Nieźle dawali sobie w fachu radę – Jan Pieter produkował bukiety, jego brat także pejzaże i portrety, nieodbiegające od obowiązujących konwencji. I tyle można o nich powiedzieć. Również Ambrosius nie wniósł niczego nowego do sztuki: najczęściej podejmował modne wtedy pejzaże z alegoriami.

Komediodramat w kadrach

Powróćmy jeszcze do nestora klanu. Jest z nim kłopot – wciąż nie ma pewności co do daty i miejsca urodzin: gdzieś w okolicach Bredy, około roku 1525. Czyli – zmarł w wieku 43-44 lat. Dorobku – tego sprawdzonego – raptem 45 dzieł, za to wyjątkowej klasy.

Szedł pod prąd. Choć życie spędził w bogatych miastach, Antwerpii i Brukseli, nie poddawał się coraz powszechniejszej w Europie modzie na styl włoski. Nie lubił realizmu przedstawień, nie zachwycał się nowymi technikami. Początkowo wzorem mu był Hieronim Bosch, z latami wypracował własny styl – trochę jakby toporny, masywny, daleki od dworskiego wdzięku. A jego bohaterowie? Przeciwieństwo wysoko urodzonych dam i panów. Sami maluczcy – chłopi, żebracy, pomyleńcy, wędrowni ślepcy. Nieefektowni, workowaci, czasem tryskający jurną siłą, częściej – żałośni, niekiedy odrażający. I oto w scenach zaludnionych prostaczkami Bruegel umiał namalować „więcej myśli niż rzemiosła”, by posłużyć się opinią zaprzyjaźnionego z mistrzem geografa Orteliusa. Pokazał… samo życie.

Wielokrotnie podziwiałam arcydzieła tego malarza w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum. Ma tam osobną salę, jedną z najbardziej obleganych. Zastanawiałam się, dlaczego sztuka Bruegla tak silnie na nas działa? Według mnie, ten cud ma dwa powody. Pierwszy to siła, energia bijąca z obrazów. Plany bliskie i dalekie są w idealnej równowadze, lecz uderzają nietypowe dla tamtej epoki skróty, zbliżenia na niektóre postaci. Jakby dojazdy kamerą. Gdyby Bruegel żył w XX wieku, z pewnością jego pasją stałby się film. Po drugie – Bruegel, artysta nie-dworski, nie musiał nikogo kokietować, nikomu schlebiać. Interesowały go uniwersalne reguły gry, obowiązujące wśród ludzi i w naturze.

92 zabawy

Przypatrzmy się „Zabawom dziecięcym” z 1560 roku. Rzecz dzieje się na miejskim placu. Środek dnia, więc ruch duży. Ale… nie ma dorosłych, tylko tłum dzieciaków. Tak jak starsi trudzą się pracą, tak maluchy – zabawą. W ten sposób uczą się życia. Robią to gorliwie i z powagą. Wysilają inteligencję, spryt i mięśnie, żeby podołać piętrzącym się przed nimi zadaniom. Każda z 250 (!) przedstawionych postaci jest całkowicie oddana zajęciu – pomimo braku zabawek! Jedne naśladują zachowania podpatrzone u rodziców, inne – tradycyjne obrządki, jeszcze inne ćwiczą sprawność fizyczną. Wszystko odbywa się w ciszy, zakłócanej niekiedy wrzaskiem jakiejś gapy, wypychanej z grupowej zabawy, szczypanej lub targanej przez kolegów za włosy.

Policzono, że w niewielkim kadrze Bruegel „spisał” 92 gry i zabawy. Przede wszystkim, mamy przegląd gier sprawnościowych, znanych od niepamiętnych czasów i aktualnych do dziś. Ktoś mocuje się z kumplem, ktoś inny wspina się na drzewo lub ścianę domu; jest zespół skaczących przez kozła i fikających koziołki. Ale uwaga! Niektóre z zabaw mają podwójne znaczenie: np. fikołki ilustrują wierzenia w czary, dzięki którym człowiek może przeobrazić się w zwierzę albo jakąś rzecz. Natomiast chodzenie na szczudłach czy nadmuchiwanie świńskiego pęcherza miało bardziej praktyczny wymiar. Pierwszą sztuczkę musieli opanować mieszkańcy terenów podmokłych i bagnistych (co w Niderlandach nierzadkie); zaś z pomocą napompowanego pęcherza maluchy uczyły się pływać. Jeżeli przed nadmuchaniem wrzucono do takiego „balona” kilka kamyków, służył jako grzechotka, którą można było chociażby odpędzić złe duchy.

W „Zabawach…” wiara w zabobony przeplata się z racjonalnym nastawieniem. Człowiek renesansu wiedział, że nic, co ludzkie, nie powinno mu być obce. Toteż dzieci bez skrępowania zasiadają w miejscu publicznym na nocniczkach, które wówczas przypominały zwykłe stołki z dziurą w siedzeniu. Kiedy taką toaletę przenoszono gdzie indziej, nie przejmowano się tym, co pod nią zostało. I to, co zostało, ciekawiło niektórych malców, czego dowodem dziewczynka grzebiąca patyczkiem w kupce któregoś z kolegów.

Zabawy zamyka dziecięcy korowód z pochodniami, pokazany w najdalszym planie całej sceny. Ten wywodzący się z pogańskich czasów rytuał związany z kultem ognia praktykowano w Europie w noc świętojańską. Na tym obrazie autorowi nie tylko chodziło o dookreślenie czasu akcji – zaznaczył również własny wiek. Dobiegał czterdziestki, kończyła się wiosna jego życia. Pieter wkraczał w wiek dojrzały – jednak wciąż pamiętał, w co się bawić.

Tekst: Monika Małkowska
Zdjęcia: Wikipedia

reklama
reklama