Kto nie zna pardwy, która zdobi tak wiele umywalek, i toalet? To już prawie dwieście lat, jak ptak przysiadł na logo Duravitu. 

 



Hornberg – liczące ledwie kilka tysięcy mieszkańców miasteczko w Szwarcwaldzie. Pośród lasów i pagórków stoją charakterystyczne domki, na wzgórzu niewielki zameczek. Przypadkowy turysta przejeżdżający przez okolicę zapewne nie zwróciłby uwagi na mieścinę podobną do wielu w regionie. Trudno jednak nie zauważyć budowli, która góruje nad okolicą: nowoczesny biurowiec w kształcie prostopadłościanu błyszczy z daleka stalą, szkłem i… ceramiką. Tak, bo w samym środku konstrukcji wmontowano ni mniej, ni więcej, tylko dwunastometrową muszlę klozetową.

 

Jeśli jest ładna pogoda, można zauważyć w niej pracowników biura. Kingsajz dla każdego! – pomyśli ten, kto pamięta film Juliusza Machulskiego. To jednak nie plan filmowy, lecz siedziba firmy Duravit.


Historia szwarcwaldzkiej marki zaczęła się w czasach, gdy zdobiący biuro taras widokowy w muszli był jeszcze pieśnią przyszłości. Dokładnie 2 maja 1817 roku lokalne władze wydały Georgowi Friedrichowi Hornowi pozwolenie na otwarcie w Hornbergu fabryki ceramiki. Horn był z zawodu poborcą podatkowym, postanowił jednak zainwestować w produkcję naczyń. Powodów dostarczyła sama przyroda. W pobliżu przepływa rzeka Gutach, okoliczne lasy mogły dostarczyć mnóstwo drewna, a niedaleko znajdowała się kopalnia, w której wydobywano kaolin – porcelanową glinkę. Pomysł na biznes narzucił się sam.


Przedsiębiorczy poborca podatkowy zarządzał firmą ledwie trzy lata, potem przekazał ją czwórce dzieci. Teraz one musiały otrzymać stosowne pozwolenie na prowadzenie biznesu. „Jego Królewska Wysokość łaskawie wyraża zgodę na to, by dzieci Horna prowadziły fabrykę ceramiki przez czas nieokreślony” – głosił dokument, który po ośmiu (!) latach dotarł do Hornbergu. Był to dosłownie ostatni moment, bo rodzina zainwestowała wszystkie pieniądze, jakie miała, a produkcja stała w miejscu.

 

Za pożyczone od „drobnego włościanina” tysiąc czterysta guldenów kupiła materiały i wypuściła pierwszą partię naczyń. Sukces! Cała produkcja zeszła na pniu, a rodzina Hornów odzyskała płynność finansową. W roku 1842 przedsiębiorstwo zatrudniało już po dziesięcioro dziewcząt i chłopców oraz pięćdziesiąt osób dorosłych. Wtedy też w fabrycznych dokumentach po raz pierwszy pojawia się słowo „nocnik”. Tak Hornowie weszli w branżę sanitarną.


Nadal produkowali głównie zastawę stołową, jednak i poręczne naczynia toaletowe cieszyły się powodzeniem. Wszystko dlatego, że do Hornbergu dotarła właśnie kolej. Jej budowa zajęła dziesięć lat, na niewielkim odcinku Hornberg – Sommerau jest aż trzydzieści sześć tuneli, a różnica wysokości wynosi blisko pięćset metrów.


Schyłek XIX wieku: pierwsze samochody, telegraf bez drutu, pionierzy lotnictwa rozmyślają o podróżach w przestworzach. Do Hornbergu docierają informacje z Londynu: rozwój sieci kanalizacyjnych sprawia, że swojskie wygódki odchodzą do lamusa, na ich miejsce montowane są ceramiczne muszle. Hornowie nie chcą zostawać w tyle. W 1903 roku jako pierwsi w Niemczech zaczynają produkcję tej technicznej nowinki. Dostosowanie fabryki do nowego produktu pochłonęło ogromne sumy, ale ryzyko się opłaciło.

 

Dziewięć lat później dyrekcja przekształconej w spółkę akcyjną fabryki podjęła kluczową decyzję: koniec z zastawą stołową, produkujemy wyłącznie sanitariaty. W 1923 roku technologowie firmy uzyskali białą, niezwykle wytrzymałą ceramikę. Nazwali ją Duraba. W międzyczasie nadszedł światowy kryzys, ale, o dziwo, zakładu w Hornbergu jakoś się nie imał. Fabryka produkowała dziennie tysiąc siedemset sedesów, a ponad połowę wysyłała do trzydziestu czterech krajów. Maszyny działały pełną parą aż do zakończenia II wojny światowej, gdy z braku paliwa do pieców trzeba ją było na jakiś czas zamknąć. Kiedy ponownie ruszyła, miała już nową halę produkcyjną wyposażoną w najlepszy sprzęt i maszyny.


Przez wszystkie te lata produkty firmy sygnowane były nazwą Szwarcwaldzka Fabryka Kamionek i symbolem ptaka pardwy. „To najcenniejsza zdobycz myśliwego w naszych lasach, a jej wizerunek niech po wsze czasy niesie pozdrowienia ze Szwarcwaldu do każdego domu na świecie” – głosiła broszura reklamowa. Dopiero w 1960 roku fabryka zaczęła być znana pod swoją współczesną nazwą Duravit. Słynęła nie tylko ze znakomitej porcelany, ale także ciekawego dizajnu. Na reklamach prasowych uśmiechnięta pani domu w różowym szlafroku dumnie prezentowała różowy zestaw: bidet, muszlę, umywalkę, a nawet ramę lustra. Inna zachwalała komplet w kolorze curry. Pojawiły się też zdobienia, jak w serii Jugendstil odwołującej się do kwietnej estetyki art nouveau. Wszystko pod hasłem: „Łazienki stały się bardziej przyjazne”.


W latach siedemdziesiątych Duravit zaczął robić meble łazienkowe, dziesięć lat później spodobały się pierwsze dizajnerskie komplety autorstwa Dietera Siegera. Była to łazienka całkowicie urządzona: od ceramiki, przez meble, na dodatkach kończąc. Seria zgarnęła mnóstwo nagród. Podobnie rzecz się miała z projektami, które dla firmy zrobił Philippe Starck. Nie tylko stworzył liczne kolekcje, ale jeszcze zaprojektował siedzibę firmy w Hornbergu – tę z wielką toaletą. Nie ma powodów do wstydu, bo czym byłaby nasza cywilizacja bez muszli klozetowej?

Tekst: Stanisław Gieżyński
Fotografie: Duravit
 

reklama