reklama
Z wizytą u włoskiej arystokratki

Z wizytą u włoskiej arystokratki

Stylowe i przytulne

Zbiera filiżanki, ślubne pudełeczka z herbami, tkaniny. Ma za dużo przedmiotów, z którymi nie umie się rozstać. O swoim domu opowiada Tessa Capponi-Borawska, arystokratka, miłośniczka rzeczy pięknych i dobrej kuchni.  

reklama
wstep

Porozmawiajmy o pani ulubionym miejscu w domu. Czyli o gabinecie?

Chce go pani zobaczyć? Proszę, ale jest nieduży i zawalony papierami,  właśnie szykuję się do porządków. Mam tam całą swoją bibliotekę – na prawej ścianie literacko-teologiczną, na lewej – historyczną. I widok z okna jaki piękny – dachy Warszawy, Pałac Kultury, SGH, choć najbardziej lubię patrzeć w dół, na nasz ogródek podwórkowy. Zamykam się tu, jeśli muszę się na czymś skupić, dobrze mi się pracuje. Ale to niejedyne miejsce, które lubię. W jadalni piszę listy, bo tam jest duży stół, na którym rozkładam swoją papeterię z monogramem. Niestety, już mi się kończy, a w Polsce trudno znaleźć kogoś, kto zrobiłby mi nową – chyba będę musiała ją zamówić we Florencji. Ulubiony fotel w kolorze ochry stoi w salonie, z IKEA, z czasów, gdy ta marka właśnie weszła do Polski i  kojarzyła się z nowym spojrzeniem na urządzanie domu. Bardzo wygodny, zarzucam nogi na oparcie i czytam. A czasem zerkam na portret naprzeciwko.

Przedstawia kogoś szczególnego?

Moją ciotkę Elenę, siostrę matki. Byłam dla niej jak córka. Piękna, elegancka kobieta o niezwykle smukłych dłoniach, co świetnie uchwycił malarz. Zajmowała się konserwacją obrazów starych mistrzów. Ten portret namalował w 1959 roku polski artysta Jerzy Marylski, który od 1939 roku mieszkał w Rzymie i miał z Eleną romans. Chcieli wziąć ślub, ale dziadek był przeciwny. Ciocia potem już nie założyła rodziny. Bardzo ją kochałam i kiedy była starsza, jeździłam do Florencji, żeby się nią opiekować. 

Pochodzi pani z Florencji, mąż Jakub Borawski z Warszawy. Jaki jest wasz dom?

Goście często mówią, że bardziej włoski przez światło i kolory – pompejańską czerwień, zgaszone żółcie, brązy. Ale są w nim przedmioty i meble z obu kultur, razem go zbudowaliśmy. Mamy z Jakubem mamy podobną wrażliwość, te same upodobania, pasje, spojrzenie na świat. O tu na przykład, na stole w salonie, leży pełno albumów ze sztuką i katalogów wystaw. Wieczorami oglądamy je i cmokamy na te wszystkie piękności. Nie mogłabym żyć z człowiekiem, który nie lubiłby dobrego jedzenia i pięknych rzeczy, zadowalał się byle czym.

Ja też czuję tu dużo włoskiego ducha – jest oliwka w donicy, piękny, marmurowy kominek...

Drzewko było malutkie, gdy w 2002 roku dostałam je w prezencie od samego Zefferino Moniniego, właściciela wielkiej olejarni Monini, z której oliwę możemy kupić i w Polsce. Pięknie wyrosło. A kominek bardzo chciałam mieć, bo w mojej rodzinnej rezydencji we Florencji i włoskim domu na wsi też były. Nasz zaprojektowała Ludwika Borawska, siostra mojego męża. Jakub pochodzi z rodziny architektów – tylko on się wyłamał i został historykiem. Zresztą całe nasze mieszkanie to projekt Lusi i jej męża Wojciecha Szymborskiego. 

 

Nie mogłabym żyć z człowiekiem, który nie lubiłby dobrego jedzenia i pięknych rzeczy, zadowalał się byle czym.

 

Zaadaptowaliście strych w kamienicy na warszawskim Mokotowie – skąd taki pomysł?

Od końca lat 80. mieliśmy mieszkanie na drugim piętrze tego domu. Jest tu wspaniała wspólnota, świetni ludzie. O ogród na podwórku dbamy sami, a w altance spotykamy się z różnych okazji – ostatnio wznosiliśmy z sąsiadami toast na stulecie niepodległości Polski. Od początku czuliśmy się tu z mężem znakomicie i nie chcieliśmy się przeprowadzać, ale jako duża rodzina – mamy pięcioro dzieci – potrzebowaliśmy większego metrażu. Tak wpadliśmy na pomysł adaptacji strychu. Był niziusieńki – 1,9 metra, z klepiskiem. Więc czekał nas wielki remont, budowa właściwie. Mieszkańcy mieli do nas naprawdę anielską cierpliwość. Ale wyszło super – elegancka nadbudowa, która nie zmieniła elewacji przedwojennego budynku – od strony ulicy nic nie widać, chociaż w najwyższym miejscu mamy aż 5,5 metra. 

Kolorowe ściany w salonie

 

Dużo jest tu starych pięknych mebli.

Meble to polski akcent. Serwantkę w salonie i tę konsolę kupiliśmy kiedyś na Kole. Jej zielony marmurowy blat jest popękany, ale tak piękny, że go nie ruszaliśmy. Stylowy stół i krzesła w jadalni to współczesna robota rodzimych rzemieślników, a biedermeierowskie biurko w przedpokoju jest po rodzinie męża. Polski rodowód ma też część obrazów, choćby portret praprababki Jakuba. Uważam zresztą, że mamy już na ścianach za dużo. Z wiekiem czuję ciężar przedmiotów, chciałabym się od nich uwolnić. Im dłużej żyję, tym mniej potrzebuję. A jednocześnie człowiek ma takie dziwne relacje z rzeczami, że nie chce ich oddać ani sprzedać…

 

Piękna, elegancka kobieta o niezwykle smukłych dłoniach, co świetnie uchwycił malarz. Zajmowała się konserwacją obrazów starych mistrzów. Ten portret namalował w 1959 roku polski artysta Jerzy Marylski, który od 1939 roku mieszkał w Rzymie i miał z Eleną romans.

Dlaczego?

Tak jak zapachy albo melodie pomagają nam umeblować pamięć. Przywiązujemy się do przedmiotów, bo przypominają nam ludzi, którzy ich używali albo je zrobili. Patrzymy na nie i od razu myślimy o tamtych osobach. Druga rzecz to naturalna ludzka skłonność do posiadania. My tak mamy z książkami. Nie wiem już, ile tomów liczy nasza biblioteka, ale na pewno to książki, ze wszystkich przedmiotów, zajmują najwięcej miejsca w naszym domu.

Które rzeczy przypominają pani o ważnych zdarzeniach z przeszłości?

Na przykład te dwa świeczniki zrobione ze srebra i strusich jaj – prezent od przyjaciół z Florencji na 25. rocznicę ślubu. Celnicy zatrzymali ich nawet na Okęciu przez te jaja, ale na szczęście puścili. Zrobił je najlepszy tamtejszy rzemieślnik od sreber – Pagliai, który ma sklep na Borgo San Jacopo, niedaleko Ponte Vecchio. Nasze rodziny znają się od pokoleń. Moja babcia zawsze nosiła tam rzeczy do posrebrzenia czy naprawy. Świece w nich też mają swoją historię – babcia kupiła je w latach 30. do siedziby poselstwa w Irlandii, które prowadził dziadek.

Te świeczniki zawsze stawiam na środku stołu podczas wielkanocnego śniadania. Od państwa Pagliai dostałam w prezencie ślubnym jeszcze jedną niesamowitą rzecz – składaną łyżkę podróżną – małą do kawy i dużą do zupy na wspólnym trzonku z maszkaronem. Powiedzieli, że jadę daleko i mi się przyda, bo przeprowadzałam się wtedy do Polski. Jest praktyczna, a zarazem ma coś w sobie zmysłowego. Bardzo jestem też związana z tymi dwoma małymi widoczkami obok kominka autorstwa mojego dziadka Piera  Capponiego, z zamiłowania malarza z nurtu postmacchiaioli (włoski odpowiednik postimpresjonizmu – red.).

 

Rodzina Capponich prowadziła manufakturę z tkaninami. Pani również ma do nich słabość?

Uważam, że są równie ważne we wnętrzach, jak w ubraniach. Tu mam ich niewiele, ale w domu we Florencji jest kanapa pokryta przepiękną różową satyną, którą obite były wszystkie meble mojej babci w poselstwie. Lubię dywany – w naszej jadalni wisi piękny stary kilim z mojego domu rodzinnego. Ten w salonie jest współczesny, ludowy.  


A skąd tyle filiżanek?

Ceramika też mnie zachwyca, nie tylko stara, ale i współczesna. Gdybym nie pisała ikon, czego uczę się od pewnego czasu, pewnie lepiłabym miski i talerze z gliny. Kolekcjonuję także włoskie ślubne pudełeczka z herbami i monogramami, które kiedyś dawano gościom na pamiątkę, a do środka wkładano słynne włoskie confetti – migdały w cukrze. Podziwiam kunszt tych przedmiotów i pasję ludzi, którzy je zrobili. Jestem zafascynowana tym, że człowiek potrafi tworzyć rzeczy tak niezwykle piękne. 

Tessa Capponi-Borawska jest autorką książek „Moja kuchnia pachnąca bazylią” i „Dziennik toskański”. Najnowszą „Smak kwiatów pomarańczy. Rozmowy o kuchni i kulturze” opublikowała wspólnie z Agnieszką Drotkiewicz.