werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Rezydencja w cieniu wiązu

Hanna i Adam są zgodni, że coraz bardziej podoba im się wiejskie życie. Smakują i odkrywają jego uroki. Spokój i ciszę. Uwierzyli, że da się żyć z dala od Warszawy. Może nawet lepiej niż tam.

Miejsce, na którym dziś stoi ich dom, znaleźli kilka lat temu, kiedy odwiedzili znajomych. Spodobała im się okolica, jakby żywcem wyjęta z obrazów Józefa Chełmońskiego. Malarz mieszkał zresztą kilkanaście kilometrów dalej, we wsi Kuklówka. Gdy nadarzyła się okazja kupna starego siedliska i ziemi, nie wahali się ani chwili. - Sprawcą tej decyzji okazał się ogromny ogród i las - wspomina Adam. - Urzekła mnie aleja klonów. Prowadziła do domu, z którego został obrys fundamentów. Nie ukrywam, że cena działki okazała się niezwykle atrakcyjna.

Dom postawili w taki sposób, żeby nie zniszczyć alei. Nie wiedzie ona co prawda do głównego wejścia, ale specjalnie pod nią zaprojektowanego alkierza po prawej stronie budynku.

Najpierw pobudowali dom gościnny. Oboje żartują, że miał to być budynek integracyjny dla dużego grona znajomych i przyjaciół; zawsze przecież prowadzili dom otwarty. Marzyli nawet, że może kiedyś zamieszka tu ich starszy syn z rodziną. Tak się jednak nie stało, a ich dzieci dopiero odkrywają uroki wiejskiego życia. Pierwowzorem budynku były solidne zabudowania gospodarcze na Pomorzu, z którego pochodzi Adam. Zewnętrzne ściany zrobiono z ciosanego polnego kamienia. Na parterze jest stajnia gotowa na przyjęcie pierwszych lokatorów. Obydwoje lubią jeździć konno, a piękno okolicy zachęca do takich przejażdżek.

Z domu dla gości do głównego budynku, przypominającego tradycyjny polski dwór, wiedzie „korytarz” o lekkiej drewnianej konstrukcji. - Ten pomysł pochodzi z Chin - mówi Adam. - W Pekinie w Letnim Pałacu zobaczyliśmy takie właśnie korytarze łączące pawilony ogrodowe. Drewno zdobiły niezwykłe malowidła. Podobno był to efekt wieloletniej pracy kilku tysięcy chińskich artystów. Pomysł doskonale sprawdził się w polskich warunkach, choć z wiadomych względów zrezygnowaliśmy z misternych ornamentów.

Wyjątkową historię mają trzy kaflowe piece. Gospodarze kupili je na licytacji internetowej. Znajdowały się w starym krakowskim mieszkaniu. Trzeba je było rozmontować, przewieźć i na nowo wybudować. Ale ten trud opłacił się, bo są naprawdę piękne. Adam pamięta, że właścicielka prawie płakała, gdy je zabierali. O zamianie pieców na instalację centralnego ogrzewania zadecydowali jej mąż z synem. Prosiła nawet o wysłanie jej zdjęcia pieców po zmontowaniu w nowym miejscu.

Najbardziej cieszy ich sześciohektarowy ogród, który nazywają salonem zielonego cienia. Twierdzą, że dom jest tylko dodatkiem do niego. Początkowo zamierzali powierzyć urządzenie ogrodu architektowi zieleni. Powstał nawet wstępny projekt. Potem powoli przejęli inicjatywę, teraz praca przy roślinach wciągnęła ich bez reszty. Chcą, aby teren pozostał do pewnego stopnia dziki, dlatego nie wykarczowali lasu, tylko go przerzedzili i w miejsce niektórych sosen zasadzili świerki. Zamiast basenu mają staw z rybami. Co oczywiście nie oznacza, że nie można się w nim kąpać.

Rodzina najchętniej przesiaduje na tarasie na tyłach domu. Ocienia go, niczym wielki parasol, stary wiąz. - Nie ma nic lepszego niż leniuchowanie w wygodnym fotelu z kieliszkiem dobrego wina - opowiada pani Hania. - Patrzę sobie na staw i źródło bijące na wyspie. Widzę nasz prywatny las, który znajduje się na skraju działki. Słucham szumu potoku i wieczornych żabich koncertów. Dopiero tutaj zaczęłam podziwiać niezwykłe zachody słońca. A wczesnym rankiem obchodzę ogród, wsłuchując się w śpiew ptaków.

Kiedyś Hania i Adam przyjeżdżali na wieś na weekendy, a na dłuższe pobyty mogli pozwolić sobie latem. Tak byli zapracowani - są właścicielami jednej z pierwszych prywatnych klinik w Warszawie. Teraz w jakiś cudowny sposób mają więcej wolnego czasu, może po prostu chcą mieć go więcej.
- Stajemy się powoli ludźmi wsi - mówi Adam. - I jest nam z tym coraz lepiej. Być może nasze ukryte marzenie o tym spełniła złota rybka, która pływa w naszym stawie. Chociaż jej o to nie prosiliśmy.


Tekst: Teresa Kokocińska
Fotografie: Joanna Siedlar

reklama
reklama

Artykuły z tego numeru:

reklama