Gdzie nie spojrzeć, tam gałgankowe robótki. Po całym domu porozrzucane są takie różności: poduszki, torby na laptopy, zabawki. Kolorowa sztuka pięknie odbija się od białych ścian i jasnych mebli.

 

Jasne ściany, kolorowe dodatki

Wchodzę do mieszkania Ewy Wojtowskiej i od progu wszystko jest jasne: "Make art, not war" – głosi biała tabliczka z niebieskimi literami. Ewa woli tworzyć, niż niszczyć.

Dowodów długo szukać nie trzeba. Po całym domu porozrzucane są gałgankowe różności: poduszki, torby na laptopy, zabawki. Nawet hockery w kuchni mają skarpetki zrobione na szydełku. – Jest taki ruch na świecie, który nazywa się yarn-bombing: zamiast sprejować ławki, dziewczyny szyją im włóczkowe wdzianka. Mówią na siebie włóczkografficiarki. Pracują w maskach – udzierganych rzecz jasna – pod osłoną nocy. Następnego dnia hydrant ma kolorowe rajstopy, a spiżowy pomnik rękawiczki i szalik. Ja przy dwójce małych dzieci zdecydowałam się na bardziej kameralne akcje – w mieszkaniu.

 

Mieszkanie pełne szydełkowych robótek

Szydełkowej roboty nauczyła się od babci, krawcowej słynnej na cały Poznań. W liceum sama szyła sobie ciuchy. Potem pisała do gazet o modzie. Aż któregoś dnia wzięła udział w konkursie na najlepiej zaprojektowane ubranie. I wygrała. Nagroda: praca w Reserved. Ale siedziba firmy była w Gdańsku, a rodzinę Ewa zostawiła w stolicy. Musiała zrezygnować.

Dziś sztukę już nie tylko tworzy (szydełkową, w wersji mini, dla siebie, dzieci, znajomych), ale też kolekcjonuje. – Młodą sztukę – precyzuje. – Na przykład obrazy Agnieszki Sandomierz. Kiedyś w jakiejś galerii zobaczyłam jej autoportret w stroju króliczka Playboya. Strasznie mi się spodobał. Więc pojechałam do jej atelier na Pragę. Na miejscu okazało się jednak, że obraz został już sprzedany. Kupiłam inny – Agnieszkę w stroju Supermena. A potem jeszcze jeden: portret jej córeczki Mani narysowany na wzorzystej tkaninie – wspomina.

 

Sztuka z pierwszej ręki

Ewa rzadko kupuje malarstwo na aukcjach czy w galerii. Sobie tylko znanymi drogami dociera bezpośrednio do artysty: zaprasza go na kawę, bez pardonu wdziera się do pracowni. Bo w ten sposób odkrywa historię obrazu. – Artura Trojanowskiego poznałam przez przyjaciółkę. Jakiś czas później zaprosił nas do swojej willi Bajka w Lanckoronie, w której wynajmuje pokoje.

W pracowni stał nieukończony obraz „Ostatni papieros” – Artur siedzi nad rzeką z dwoma białymi bokserami, pali. Od razu mi się spodobał. I tak się jakoś zasiedzieliśmy, że Artur zdążył ten obraz skończyć i nam go sprzedał – opowiada Ewa. W tak zwanym pokoju „telewizyjnym” wisi jeszcze jedna praca artysty. – To fragment tryptyku, my mamy pierwszą część: gdy chłopak stoi na skale i szykuje się do skoku do wody. Kolejne prace to sam skok i chłopak w wodzie.

 

Białe mieszkanie w stylu francuskim


Tłem dla sztuki są białe ściany i jasne meble. – Inspirowaliśmy się wnętrzami francuskimi (kochamy Niceę), ale dalecy jesteśmy od typowego dla nich stylu pałacowego. Unikaliśmy dosłowności – mówi Ewa. Dlatego obok siebie podłoga we francuską jodełkę i białe shuttersy oraz komoda z lekką nutą Orientu.

Z jednej strony stół z blatem zrobionym z desek stuletniej stodoły (– Pachniały jeszcze koniem – śmieje się Ewa), z drugiej dizajnerska kuchnia: z czarną lodówką, podłogą z samopoziomującego się betonu i wyspą z polerowanego kamienia. Do tego czarne bakelitowe włączniki i czarne lampy od Aquaform. – To mąż je wybrał. Jest inżynierem oświetlenia. Żarówki nigdy nie wkręci, bo tłumaczy, że on jest od wysokich napięć. Ale w zakupy całkiem się zaangażował – żartuje Ewa.

Gałgankowej roboty nie przerywa. Marzy jej się kawiarnia, w której sprzedawałaby zabawki. – Mam słabość do kafejek. Najbardziej lubię nicejskie, gdzie wszyscy długie godziny spędzają przy croissancie i kawie. Pamiętam też jedną w Wiedniu: goście wspólnie biesiadowali przy ogromnym stole. W rodzinnym Poznaniu zaglądam do Kokoriko – z ogródkiem w podwórku zarośniętym bluszczem. A u nas, na Powiślu, lubię R20.

Wystrojem przypomina trochę nasze mieszkanie. Może dlatego chodzimy tam co niedziela na śniadanie: spotykamy zawsze stałych klientów, na przykład dwóch panów, którzy popijają szampana. Kiedyś będę miała podobną. Z krzesłami w skarpetkach.


Tekst: Monika Utnik-Strugała
Fotografie: Mariusz Purta, Mariusz Gajewski
Stylizacja: Małgorzata Sałyga

reklama