Niewzykła historia nart

Od małego miałem pociąg do różnych zakazanych wówczas zabaw, zwanych dzisiaj sportem – pisze o swojej przygodzie z deskami Stanisław Barabasz, nauczyciel i pierwszy zakopiański narciarz.

Było to zimą 1888 roku. Barabasz pojechał do przyjaciela Karola Dettloffa, zarządcy majątku w malutkiej karpackiej miejscowości Cieklin koło Jasła. Mieli razem polować. Ale śnieg spadł taki, że o wyprawie na dzikiego zwierza można było tylko pomarzyć. Barabasz wpadł wtedy na pomysł, żeby zaspy pokonywać na deskach. Naczytał się o Lapończykach, którzy na nartach z łukiem i strzałami polowali na dzikie reny, i dziwaczny sprzęt śnił mu się po nocach. Misji konstrukcyjnej podjął się stelmach Teodor Poliwka, znudzony swymi obowiązkami, które polegały na robieniu beczek i kołowrotków dla wiejskich bab.

"W stolarni przy dworskiej kuźni wykonał on parę nart, z których jedna była jesionowa, a druga bukowa według instrukcji pomysłodawcy tak, że przypominały linię do szkolnej tablicy. Końce desek zostały zaostrzone do szpica, wyparzone w gorącej wodzie i wygięte nad ogniskiem" – pisze Wiesław Czechowicz, autor artykułu „Cieklin kolebką narciarstwa polskiego”.

Polować się na wynalazku nie dało, bo "narty świszczały tak, że kuropatwy uciekały na setki kroków, a zając, wyjechawszy z kotliny, stawał słupka, nasłuchiwał, a potem w panicznym strachu umykał". Pan Stanisław złapał jednak sportowego bakcyla. Narty zabrał ze sobą, do Zakopanego. Górale patrzyli na niego jak na wariata. Naśladowców znalazł wiele lat później. Jeździli po Tatrach, smarując deski oliwą z sardynek.

W pogoni za łosiem

Gdy Barabasz kombinował, jak tu utrzymać się na deskach, norweski polarnik Fridtjof Nansen przeszedł na nartach Grenlandię, co było nie lada wyczynem. To jego rodacy przypisują sobie wynalezienie nart, ale w kolejce do sławy stoją też Szwedzi, Finowie i mieszkańcy Syberii. Właśnie na zimnej północy znaleziono około 250 zabytkowych ślizgaczy, nawet sprzed ośmiu, dziewięciu tysięcy lat – są zatem starsze niż koło! Najlepiej zachowana jest para nart odkryta w okolicach Kalvtrask. Ma pięć tysięcy lat. To deski o zakrzywionych czubkach oraz drewniana pałka-wiosło. Podobne "zestawy" widzimy na rysunkach naskalnych z okolic jeziora Ładoga.

W krainach wiecznej zmarzliny jazda na nartach była sprawą życia i śmierci. Ułatwiała przemieszczanie się, polowanie, a nawet walkę. Nic dziwnego, że trafiła do mitologii i religii. Ludy Syberii opowiadały historię o bogu-myśliwym, który na nartach gonił po niebiosach łosia. Zwierzę uciekło na Ziemię, łowca złamał w pościgu jedną nartę i musiał wrócić, skąd przyszedł. Ślady łowów widzimy do dziś na niebie: podwójny ślad Drogi Mlecznej przecina się z pojedynczym pasem gwiazd i galaktyk. Skandynawowie mieli nawet specjalnych bogów od narciarstwa – w "Eddach" czytamy o Ullr i Skade, którzy chronili szusujących.

Jazda na futrze i żelazie

Pierwsze narty były z płaskich kości zwierzęcych. Kolejne, już z drewna, mocowano na nogach kawałkami rzemieni, a spód czasem kryto futerkiem, żeby były ciche i miały lepszy poślizg. Szwedzkie czy norweskie sprzed tysięcy lat były asymetryczne. Jedna dłuższa – do ślizgów, druga krótsza – do odbijania się. Do tego kijek. W Szwecji znaleziono także trzymetrowe giganty i takie, których oba końce są uniesione. Jedne z najsłynniejszych u szczytu na spodzie mają rzeźbioną głowę łosia – prawdopodobnie hamulec.

Kiedyś narciarstwo służyło głównie wojsku. Wszędzie, gdzie była choć odrobina śniegu, formowano jednostki na deskach. Już w XVI wieku Aleksander Gwagnin, spolszczony Włoch z armii Chodkiewicza, pisał, że "Rusini na nartach prędko po wierzchu śniegu biegają". Narty były drewniane, z żelazem od spodu, a narciarz podpierał się "koszturami". Także Stefan Batory zorganizował oddziały narciarzy. Wojskowe narty nazywano "łyżwami śnieżnymi", bo ledwo wystawały za buty.

By odkryć uroki jazdy dla przyjemności, trzeba było poczekać do XIX stulecia. Miały wtedy miejsce dwa istotne wydarzenia. W 1850 roku Norweg Sondre Norheim wdrapał się na dach swojego domu i pomknął w dół, oddając pierwszy skok narciarski. Zrobił to dzięki własnej konstrukcji wiązaniom z włókien korzenia brzozy. Trzymały but, lecz pozwalały unosić piętę, co ułatwiało i skakanie, i skręcanie. 20 lat później wprowadził kolejne ułatwienie: zwęził narty tam, gdzie opierał się o nie but, zachowując dość szeroki przód i tył, oraz podniósł podbicie stopy. Model zwany Telemarkiem (od regionu, w którym stała pierwsza "skocznia", czyli chałupa Norheima) był używany przez ponad sto lat. Jego krajan Otto Krohg uczynił z narciarstwa rozrywkę dla ludu – zorganizował pierwszy wyścig dla mieszkańców Tomso. Trasa biegła od magistratu do studni na jednej z pobliskich farm.

Gdzie się podziały tamte sardynki

W innych częściach Europy nowa rozrywka spotykała się z umiarkowanym entuzjazmem. Pionier brytyjskiego narciarstwa Arnold Lunn zauważył w 1898 roku, że "te kilka osób, które jeździło na nartach w Chamonix, uznawano za lekkomyślnych snobów". W Alpy ciągnęło jednak coraz więcej turystów marzących o szusowaniu. Problemem była reputacja miejscowości. Miejsca takie jak Davos i St. Moritz przeznaczone były głównie dla kurujących się gruźlików. Aby przyciągnąć innych turystów, Grand Hotel w Arosie reklamował się jako "Pierwszej klasy noclegi; żadnych inwalidów".

Narciarstwo rozwijało się również i u nas. Problem polegał na tym, że przyzwyczajeni do letnich wędrówek wczasowicze nie pojawiali się w Tatrach zimą. Z wynalazku Barabasza, który wtedy nazywano latającymi deskami (staropolską nazwę "narty" spopularyzował taternik Mariusz Zaruski), skorzystali za to dwaj leśnicy z Tatarowa w Karpatach Wschodnich. Józef Schneider i Marian Małaczyński patrolowali na nich swoje rewiry, a w 1897 roku wdrapali się na szczyty Chomiaka i Howerli tylko po to, by zjechać z nich na nartach.

Im modniejsze stawało się narciarstwo, tym lepszy był sprzęt. Pojawiły się narty z drewna orzesznika, twardego i sprężystego. Już pod koniec XIX wieku wymyślono kompozytowe, a w latach 20. następnego stulecia Francuzi zrobili aluminiowe. Dziś rządzą materiały kosmiczne, ale przyjemność i dreszczyk emocji ciągle są takie same, jak w czasach, gdy deski smarowano oliwą z sardynek.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Zdjęcia: Interfoto/ Forum, East News, Forum, fotochannels, materiały prasowe www.fischersports.com, vintagewinter.com, www.dreamstime.com, www.earnyourturns.com, istockphoto.com www.eloquenceinc.com, shutterstock.com
Korzystałem z serwisu Portal Zakopiański, www.z-ne.pl