Najpierw mieszkał tu ambasador. Potem drugi i trzeci. W końcu wprowadziła się Anna. Żartuje, że zostanie, dopóki nie pojawi się... kolejny ambasador.

Każdy ma swoje magiczne miejsce. Dla Anny Wróblewskiej od dzieciństwa był nim Wawer – tu mieszkał jej ulubiony szkolny kolega, tu odbywały się niezapomniane prywatki, kuligi i ogniska i w końcu tylko tu dzikie tereny wokół Wisły przypominały jej ukochane Mazury.

Kilkanaście lat temu zupełnie przypadkiem poznała właścicieli jednego z uroczych wawerskich domów i umówiła się z nimi, że jeśli kiedykolwiek będą chcieli go sprzedać, dadzą jej znać. Lata mijały, a Anna o umowie zapomniała. Któregoś dnia niespodziewanie zadzwonił telefon i okazało się, że posiadłość jest do kupienia. Tak posiadłość, nie ma w tym cienia przesady!

Jak na Warszawę działka była wręcz ogromna: dwa hektary ziemi z domem, do którego prowadziła piękna dębowa aleja. Może tylko dom jak na posiadłość był ciut za skromny. Anna poczekała trzy lata, dobrze go poznała, sprawdziła jak wędruje po nim słońce i zarządziła rozbudowę – po pięć metrów z każdej strony. Z pomocą najlepszych fachowców.

Sama wszystko rozrysowała na kartce i oddała ją przyjaciółce Krystynie Medalis, architektce, która przez wiele lat czuwała nad konserwacją Saskiej Kępy. A ona już zrobiła co trzeba. Robót sztukatorskich (kolumny i kominek) pilnował historyk sztuki Bohdan Radziunia, a wykonali je ludzie zatrudnieni przy odbudowie Zamku Królewskiego. Do dziś widać, gdzie przebiegała granica starego domu – dzięki drewnianej podłodze, bo dobudowaną część wyłożono marmurami. Urządzeniem zajęła się już właścicielka, bo to jej pasja.

Przez lata zbierała stare meble, obrazy, rzeźby i porcelanę. Jej słabość dobrze znają antykwariusze i co rusz podrzucają jakieś rarytasy. – Uzależniłam się od tych starych przedmiotów. Dzięki nim, choć często zmieniam domy, w każdym czuję się u siebie. Poza tym bez problemu urządzę każde mieszkanie – tłumaczy Anna. Rzeczywiście, w jej przypadku to ważne, bo ma za sobą już jedenaście przeprowadzek.

– Starocie to samograj, trzeba tylko mieć dobre antyki – przekonuje. I Anna takie ma: XVIII-wieczne skrzynie i sekretery misternie intarsjowane, z mnóstwem schowków-szufladek, niezwykle rzadko spotykany gobelin z XVII wieku, do tego XIX-wieczne i współczesne obrazy. Tych ostatnich u niej nie brakuje, bo z córką Ewą obdarowują się nimi zawsze na Gwiazdkę. I tak pojawili się m.in. Rafał Olbiński, Franciszek Starowieyski, Hanna Bakuła.

Osobliwą historię mają zresztą nie tylko meble, ale cały dom. Jest dobrze znany dyplomatom i artystom, bo przez wiele lat mieszkali tu po kolei ambasadorowie: Brazylii, Korei Południowej i Unii Europejskiej. Po tym ostatnim „lokatorze” została jadalnia w stylu kolonialnym. Anna odkupiła od ambasadorowej wszystkie meble w komplecie, bo idealnie pasowały. Inne „pamiątki” po dyplomatach to kilka małych saloników, kącików wypoczynkowych, dodatkowe lodówki w piwnicach i duże wejście z ogrodu do kuchni, które kiedyś służyło kelnerom.

Wszystko potrzebne było poprzednim mieszkańcom, którzy przyjmowali tu niezliczonych gości. W latach czterdziestych willę nazywano, „Kika”, ale Anna mówi o niej „moja Tara”, bo tak jak Scarlett O’Harze daje jej siłę do działania.


Tekst i stylizacja: Katarzyna Mackiewicz
Fotografie: Hanna Długosz