Bez bibelotów i rodzinnych pamiątek, a jednak przytulnie i z klasą.

Kiedy Hania i Tomek Szajewscy zaczynali remont mieszkania, czyli w głębokim PRL-u, mieli niełatwe zadanie. Zdobycie materiałów budowlanych graniczyło z cudem, a wybór choćby glazury do łazienki przypominał sławną ofertę Forda: „model T może być w każdym kolorze pod warunkiem, że będzie czarny”. Zresztą PRL-owi „zawdzięczają” jeszcze coś innego. Dom, w którym mają mieszkanie, należał dawniej do ciotki Hani. Jednak po wojnie dokwaterowano tam kilka rodzin, a dla prawowitej właścicielki wykrojono niewielkie mieszkanko na dole. To do niego przenieśli się z czasem Szajewcy.

Od początku brakowało im miejsca, bo gospodyni, lekarz i naukowiec, dużo pracowała w domu i potrzebowała gabinetu, a o swoim kącie marzył Tomek, też lekarz, jak się szybko okazało, z budowlanymi talentami. Kiedy żona szkoliła się na zagranicznym stypendium, on wspólnie z córką Kasią... powiększył mieszkanie. Przebił się do piwnicy i urządził tam pralnię, łazienkę i dla siebie pokój do pracy. Kilka lat później córka przeniosła się na swoje i zwolniła mamie miejsce na gabinet.

Mieszkanie Szajewscy urządzali sami, z jednym wyjątkiem – w projektowaniu kuchni pomógł przyjaciel Marek Bimer. Za murkiem ukrył „kuchenny bałagan”. Choć nawet otwarte szafki nie wprowadzają tu chaosu, bo „karnie” poukładane naczynia wydają się być częścią dekoracji. Serwis to oczko w głowie pani domu. Zbierała „Heinricha” latami, aż w końcu fabryka przestała go produkować. Przyjaciele i rodzina doskonale wiedzą, że najbardziej trafionym prezentem dla Hani jest sosjerka, mlecznik albo inne porcelanowe cacko do kompletu.

W ogóle u Szajewskich panuje taki błogi spokój. Nic, tylko zapaść się w fotelu z książką albo godzinami pichcić z przyjaciółmi. To zasługa kolorów. Bo choć podobają im się barwne mieszkania, dla siebie wybrali różne odcienie bieli. Ta rozwaga dotyczy też dekoracji. Mają ich niewiele – białe ramy, takież lichtarze i kwiaty znoszone do domu naręczami. Do tego proste, bardzo eleganckie stylowe meble od Flamanta, które kupowali „na raty”, bo są dość drogie.

Gospodarze nie mają umiaru tylko w jednym – przy zakupach ram. „Ratują” je przed złoceniem albo czyszczą z resztek starej farby. Uważają, że łatwiej znaleźć fajną ramę niż obraz, no, z jednym wyjątkiem – akwarel Jerzego Mierzejewskiego.


Tekst: Katarzyna Mackiewicz
Fotografie: Basia Sokołowska