reklama

Loft w PRL-owskim bloku

Nowoczesne

O tym mieszkaniu można by napisać opowieść z dreszczykiem. Z tajemnicami PRL-u w tle. Niestety, większość tych tajemnic musi nimi pozostać.

Zagranica go rozpieściła. Większość zawodowego życia Justyn spędził na kontraktach i, kiedy wreszcie zdecydował sprowadzić się do Warszawy, postawił swojemu nowemu lokum zaporowe warunki. Ścisłe centrum, ale w odosobnieniu, z rozległym, zachwycającym widokiem za oknami.

Choć to zakrawa na cud, wszystkie udało się spełnić. To, czego szukał, znalazł nie w starej kamienicy i nie w nowoczesnym apartamentowcu, tylko… w PRL-owskim bloku.

Teraz można zdradzić jedną z tajemnic: dawno temu mieszkał tu partyjny aparatczyk. Musiał być prawdziwą szychą, bo jego apartament składał się z czterech M-4.

– Wygląd budynku nie ma dla mnie znaczenia – mówi Justyn. – Przecież będąc w środku, nie widzę murów. Najważniejszy jest wystrój i to, co za oknem. A widok jest tu wyjątkowy: na ogromny, stary park, barokowe kopuły kościołów, szklane szpice biurowców. Wszystko ma wielką siłę oddziaływania również z powodu dużej liczby okien. Ogromne, niektóre od podłogi po sufit, bez podziałów, są na każdej ścianie.

Tam, gdzie szyb nie udało się wstawić, wiszą lustra, które je udają. Ramy wzorowane są na framugach, a tafle odbijają widok z sąsiedniego okna. W normalnych blokach nie ma szans na tyle oszklonych powierzchni. Jak Justynowi udało się zrobić rzecz właściwie niemożliwą, pozostanie chyba jedną z tych nieodgadnionych tajemnic.

reklama


Justyn, który w życiu urządził już niejeden dom, postanowił stworzyć wnętrze trochę mieszczańskie, ale w dobrym, nowoczesnym stylu. Mimo niewielkiej wysokości mieszkania zamienił dawne blokowe klitki w loft. Po prostu upozorował większą przestrzeń, stosując kilka optycznych trików.

Niemal wszystkie nadproża okien i drzwi zostały podwyższone i ustawione na jednej – możliwie najwyższej – wysokości. W mieszkaniu nie ma progów, jednolity parkiet potęguje wrażenie rozległej przestrzeni. Nie ma też zbędnych ścian działowych.

Całe mieszkanie jest dowodem na to, że 140 metrów można – efektownie – urządzić jednym kompletem mebli. Justyn zastosował swoisty recykling.

Kupiony gdzieś na starociach komplet do sypialni z lat 30., z tygrysiej brzozy, przeprojektował i rozlokował po białej przestrzeni mieszkania. Artdecowska szafa odpowiednio pocięta zamieniła się w kuchenną zabudowę. Połączone szafki nocne są stolikiem kawowym, mała witryna to podręczna szafka przy kanapie.

Reszty wystroju dopełniają meble z międzywojnia oraz inspirowane stylem z epoki. Są też sprzęty z gruntu tajemnicze, zaprojektowane przez właściciela, jak np. stół z czterema nogami i podwójnym szklanym blatem, który – jeśli przesunąć jedną parę nóg i przełożyć jedną taflę szkła – zamienia się w duży stół gościnny. Zwykle wtedy stawia się wokół wszystkie krzesła każde inne, lecz z tego samego okresu, z tapicerką ze złotej skóry – i przy kolacji rozprawia o ciekawostkach z przeszłości. Chociażby o tym, czemu służyła prowadząca do mieszkania, a dziś już nieczynna, „prywatna” klatka schodowa. Ale to kolejna nierozwikłana tajemnica rodem z PRL-u.


Tekst: Michalina Kaczmarkiewicz
Stylizacja: Dorota Karpińska
Fotografie: Rafał Lipski