To nie stajnia w Beneluksie, zamieniona przez milionera w luksusową posiadłość. Swój loft Aneta wybudowała pod Piłą. A ręcznie robione cegły sprowadziła z Belgii.

Aneta Rajek wymarzyła sobie ten loft wiele lat temu. Był tylko jeden szkopuł: skąd go wziąć? Stare fabryki stoją zwykle w mieście, a ona chciała mieć las, ciszę i cykanie świerszczy w letnie wieczory. Owszem, widziała fajne budynki, ale wszystkie miały jakiś feler: a to były za małe, a to za bardzo zniszczone. – Najbardziej podobał mi się stary młyn na trasie z Piły do Złotowa – opowiada. – Niestety, przy tak ruchliwej drodze, że się poddałam.

Nie pozostawało nic innego, jak znaleźć jakieś zaciszne miejsce niedaleko rodzinnej Piły i zbudować sobie własny loft, cegła po cegle. Na szczęście z ziemią poszło łatwiej – udało się znaleźć 2500 metrów ze świerkami i brzozami. Aneta pozwoliła im spokojnie rosnąć. – To moja wersja dzikiego ogrodu, od siebie dodałam tylko trawę i ogródek ziołowy, w który bawimy się z siostrą. Wszystko jeszcze przede mną, zdążę zasadzić moje drzewo – obiecuje.

Na razie całą energię pochłonęła budowa. Nie tylko dlatego, że dom jest duży (ma 600 metrów), lecz przede wszystkim z powodu pompy ciepła. Urządzenie to krzyk ekologicznej mody, „w praniu” okazuje się tańsze od ogrzewania gazowego, ale instalacja jest gigantyczna i kosztowała krocie. Aneta: – To wielka wygoda, nie ukrywam, ale za mojego życia chyba się nie zwróci.

Ogrzewanie ma głównie w posadzce, ale w kilku miejscach trzeba było zamontować je w ścianach. Podłogowe nie sprawdziłoby się w salonie, gdzie Aneta koniecznie chciała położyć dębowe deski, albo na piętrze, pod grubymi wykładzinami dywanowymi. Na szczęście, szczegóły techniczne loftu opracował zaprzyjaźniony inżynier-konstruktor Marek Turek.

Urządzanie wzięła w swoje ręce – jest przecież projektantką wnętrz. Postarzaną, ręcznie formowaną cegłę na fasady i ściany udało się bez problemu sprowadzić z Belgii. Firma Vandersanden ma nie byle jakie doświadczenie – produkuje ją od trzech pokoleń i niejedno holenderskie czy belgijskie miasteczko zawdzięcza jej swój urok.

Meble wymyśliła sama, a wykonanie powierzyła stolarzom, z którymi jej pracownia współpracuje od lat. Postawiła na naturalny fornir z orzecha amerykańskiego oraz dyskretnie lakierowane płyty i laminat wyglądający jak beton. Wreszcie drewno – jest go sporo – podłogi, schody, okładziny na ścianach, prawdziwy majstersztyk to dębowy stół ze skośnie przyciętym blatem wspartym na połówkach pni drzew, pomysł częstochowskiej projektantki Anety Muchy. Ociepla i pięknie pasuje do naturalnej cegły. – Drewno korciło mnie do tego stopnia, że zastanawiałam się nawet, czy nie wybudować nowoczesnego domu z bali, takiego połączenia folkloru i loftu. Trochę się jednak tego pomysłu przestraszyłam.

Do tego kamień. Nie taki zwykły, lecz głęboki granit nero assoluto. Intrygująco wygląda na długim blacie w łazience, przy kominku czy w kuchni.

Od dwóch lat dom jest jej największą miłością. Nie zdradza go, no, może czasem, z winem, które stało się jej kolejnym hobby. Podobnie jak przy urządzaniu wnętrz, wybiera mocne i wyraziste. Na kolacje „winowajców” zaprasza przyjaciół, którzy zwożą jej ulubione trunki. Oczywiście włoskie i hiszpańskie, ale w najbliższym czasie Aneta szykuje wyprawę do Gruzji, gdzie, jak wiadomo, wina bardzo cenią. Ciekawe, jakie odkryje tam smaki i co wynajdzie do swojego loftu?

Tekst: Joanna Halena, wsp. Leszek Brzoza
Stylizacja: Katarzyna Sawicka
Zdjęcia: Marek Szymański
 

reklama