Ten dom zaspokaja rozmaite pragnienia. Natury, otwartej przestrzeni, nowoczesności i relaksu. Perfekcyjnie łączy męski fason z kobiecą kolorystyką.
 

Są spotkania dziejowe, których nigdy się nie zapomina. Telefon sprzed ośmiu lat architekt Paweł Kaczmarczyk pamięta jak dziś: – Zadzwonił miły pan, oznajmiając, że kupił właśnie piękny dom pod Warszawą i robi casting na projektanta. Miałem wtedy dużo pracy i wcale nie zabiegałem o zlecenia, ale było mi po drodze, więc pojechałem. Nieprzygotowany, prosto z jakiejś budowy, w ubraniu upstrzonym gipsem i innymi murarskimi „kosmetykami”. Przed domem stał biały rajdowy wóz.
 

Długo rozmawiali na temat wnętrz i… samochodów. Emil miał konkretne oczekiwania i typ poczucia humoru, który Paweł bardzo lubi. – Podziękował za spotkanie i powiedział korporacyjnym tonem: „Zadzwonię”.

– Wcale na to nie liczyłem, ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu zrobił to – wspomina Paweł. – Zażartował, że ze wszystkich kandydatów byłem najmniej wystylizowany.

Emil dodaje: – Tamci kandydaci narysowali to, co chciałem. Nie dyskutowali. A ja potrzebowałem sparingpartnera. Spotkania na „ringu” były fascynujące i prowadziły Emila w nowe rejony estetyki. Bez żalu porzucił czerwonawe drewno czereśni, które miało nadawać ton. Paweł namówił go do bardziej neutralnych tonów, do wyburzenia ścian działowych i wstawienia dwóch panoramicznych okien.
 

Remont ruszył, a wraz z nim kolosalne problemy. Przewód dymowy był niedrożny (zbudowano więc drugi obok), podwieszone sufity piętra spadły, a wylewkę podłogową trzeba było w całości skuć i wylać nową. Szef ekipy żartował nawet, że taniej byłoby dom zburzyć i zbudować od nowa.

 

Ale wszystko było warte zachodu. Samo wnętrze tak bardzo się Emilowi podobało, że na pewien czas zrezygnował z mebli i dodatków. Chciał się cieszyć pustą przestrzenią i wpadającą przez wielkie okna zielenią. Jednak pustka zaczęła go potem trochę męczyć. Brakowało mebli i sztuki. Długo debatowali nad wyborem, w końcu Paweł podsunął mu sofy hiszpańskiej marki Viccarbe. Ich proste, geometryczne kształty pasowały do bryły domu. Co ważne też dla wyczulonego na detale miłośnika sportowych aut, były szyte grubymi czerwonymi nićmi – jak fotele w maszynach rajdowych.

reklama


 

– Powstał damsko-męski miks. Bo kiedy zaczynaliśmy współpracę, Emil był singlem i mieszkał z ukochanym owczarkiem niemieckim. Dziś ma żonę i dwoje dzieci. Zestawiłem kanciaste kształty i żywe, babskie kolory, które zresztą zaproponował sam właściciel: róż, fiolet i fuksję – mówi Paweł. – Niekoniecznie damskie – śmieje się Emil. – Proszę zajrzeć do mojej garderoby – większość moich koszul jest różowa. To kolor przyjęty w środowisku finansistów.
 

Obaj długo nie mogli znaleźć dzieł, które pasowałyby do wnętrza. Architekt wpadł na szalony pomysł, że stworzy je sam do spółki z przyjacielem Henrykiem Kowalskim. Obrazy miały być w stylu zen, a wyszedł ekspresjonizm z radosnymi strużkami farb. W twórczym ferworze namalowano czerwone kółko na drewnianym torsie na znak nowego życia – właściciele spodziewali się wtedy dziecka. Emil tak się wkręcił w projekt, że na jego prośbę jedna ze stołowych nóg też jest czerwona. Oczywiście w odcieniu ferrari.
 

Projektant: Paweł Kaczmarczyk
Od 20 lat prowadzi pracownię Daviddesign. Podejmuje każde wyzwanie: zaprojektuje wielką rezydencję i klimatyczny apartament, nowoczesne biuro i kameralny butik. Do tego meble, grafikę, logotypy. Właścicieli domów zaraża pasją urządzania wnętrz. Daviddesign.pl, tel. 607 389 376.
Tekst: Beata Majchrowska
Zdjęcia: Rafał Lipski
Stylizacja: Paweł Kaczmarczyk