werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama
dom magdy umer

Dom pełen wspomnień Magdy Umer

Znani i lubiani w domu

Nie ma dla niej niesamowicie ważnych rzeczy, niesamowicie ważnych pamiątek, niesamowicie ważnych przedmiotów, choć się nimi otacza. Prawdziwy dom jest tylko w jej pamięci.

reklama

Krystyna Nazarewicz: Wyszłam właśnie z toalety imienia Krystyny Jandy, umyłam dłonie dokładnie jak lady Makbet, by uhonorować wielką aktorkę.

Magda Umer: Ha, to Krysia mi kazała ją sprawić, dla gości, żeby nie biegać na piętro. Odbyło się nawet uroczyste otwarcie, sama zrobiła tę tabliczkę. Potem, aby podtrzymać tradycję, zaczęliśmy nazywać różne ważne miejsca w domu i, jak widzisz, jest poręcz imienia Magdy Czapińskiej, próg imienia Jeremiego Przybory, bo on zapominał, że mamy tutaj schodek i bez końca się potykał. Wpadał wtedy wprost do kuchni imienia Alicji Wirth-Przybory, jego żony. Jest też biblioteka Agnieszki Osieckiej. Z wszystkich moich najbliższych przyjaciół tylko Zuzia Łapicka nie ma tabliczki, ale ona bywała tu najczęściej i była za bardzo żywa. Ona się tu zagnieździła.

Najważniejszy drobiazg w tym waszym gnieździe?

Jest ich wiele, ale skoro pytasz o gniazdowanie, to spójrz na tę drewnianą figurkę bocianów. Ta ptasia rodzina jest nietypowa, bo poza dwoma dorosłymi boćkami, czyli nami, siedzą w nim jeszcze trzy małe: Agatka, Mateusz i Franek. Kiedy poznałam męża, Andrzeja, nasze starsze dzieci były rówieśnikami, miały po pięć lat. Potem pojawił się na świecie nasz wspólny Franek. Mam jeszcze dwie córki chrzestne. Tą glinianą figurkę kobiety w wannie własnoręcznie zrobiła na moje urodziny Bronka Zamachowska, najmłodsza córka Zbyszka i Oli, moja chrześnica. Bardzo zdolna osóbka. Drugą moją chrześnicą jest Weronika Olbrychska, córka Zuzi Łapickiej i Daniela, ale siedzi w Ameryce i z nią mam słabszy kontakt. Za to wiele wspomnień.

Na słynnym zdjęciu z końca lat 90., zrobionym przez Chrisa Niedenthala i Woody’ego Ochnio, siedzisz naga w wannie, więc pewnie się Bronka tym zasugerowała. Niezwykły był ten ich cykl „Wanna see them”.

W tej kąpieli siedzieli także inni artyści, m. in. Janusz Gajos, Kora, Beata Tyszkiewicz, Pola Raksa, Wiesław Ochman czy Czesław Niemen z żoną Małgosią. Ta wystawa była wspaniała: raz w roku wsadzali do wanny jakiegoś polskiego artystę i robili mu zdjęcie. W zamian za to, że im pozowaliśmy, robili wystawę naszych fotografii, bo wiedzieli o tym, że to nasza wielka pasja.

Tu na ścianie wiszą zrobione przeze mnie zdjęcia Markotnego, Łyżwy i Bambusa, ukochanych psów, których już nie ma. Na zawsze śpią w naszym ogrodzie. A na tym zdjęciu jesteśmy ja i Andrzej, w roku 1997, kiedy się tutaj wprowadziliśmy.

W czułym objęciu…

…No wiesz, plusquamperfectum, czas – hmmm – zaprzeszły, historia rodziny.

A pod waszym uściskiem zasiadła wielka stara lalka. Dzisiaj pewnie warta majątek. Twoja?

Ech, to jest dla mnie smutna historia, esencja moich problemów z dzieciństwa. Lalka rzeczywiście droga, sama za nią płaciłam, mąż do dzisiaj nie wie ile. Kiedy byłam dziewczynką, śniłam o lalce i wreszcie dostałam ją od mamy. Cieszyłam się krótko. Mama po jednym dniu zabrała mi ją i oddała dzieciom w szpitalu. Miałam ciężko chorego brata, mama poszła do niego do lecznicy, zobaczyła tam jakiegoś nieszczęśliwego małego pacjenta, zrobiło jej się go żal i oddała mu lalkę. Całe życie marzyłam o tym, żeby się nią jeszcze nacieszyć i kiedy byłam po pięćdziesiątce, kupiłam sobie piękną lalkę w Toskanii. Zrobiła ją zresztą Józefina Pellegrini i to jest prawdziwe dzieło sztuki. Dla mnie ta lalka jest zadośćuczynieniem. Jacek Santorski, mądry terapeuta, powiedział, że ta historia to klucz do mojego dzieciństwa, kiedy tkwił we mnie wieczny brak, potem z tej pustki rozwijało się marzenie, w końcu ono się realizowało, ale od razu mi to niszczono. Takich rzeczy się nie robi. Nie powinno.

Dziecko, które ma trudne relacje z matką, często zostaje dorosłym z duszą smutnego małolata. To o tobie?

Tak było i jest ze mną. Zawsze wiedziałam, że coś dobrego musi wyniknąć z tych trudnych relacji. Zresztą zobacz: to jest głowa drewnianego rzeźbionego Jezusa. Prezent od mojej mamy, na przeprosiny po długim niewidzeniu. Wiedziała, że ochrzciłam się jako dorosła kobieta, że moimi chrzestnymi zostali Kalina Jędrusik i Janusz Kondratiuk, a moja mama była zdeklarowaną ateistką. Wyrastała jako fanatycznie wierząca dziewczynka, która potem Boga zamieniła na komunizm. A jednak przyniosła mi Jezusa, doceniła, że choć błądzę jako chrześcijanka, ona to uszanuje. Wielki gest z jej strony, jestem jej za to wdzięczna.

Kto siada przy tym ogromnym stole?

On jest najważniejszy dwa razy w roku: w Święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia. Wtedy zasiadają tutaj nasze dzieci, wnuki i starzy, czyli ja z Andrzejem. Mamy sześcioro wspólnych wnuków, mąż jest dumnym dziadkiem trzech wnuczek i jednego Lwa, a ja mam tego samego Lwa, oraz wnuczkę Jankę i wnuka Ludwika. Trochę to skomplikowane, ale nie dla nas. Kiedyś moja młodsza synowa Misia, jeszcze jako narzeczona, wyprawiła tutaj moje urodziny. Ugotowała wszystko po hindusku, i to było tak pyszne, że po przyjęciu powiedziałam do Franka: „Jak się z nią nie ożenisz, to nie chcę cię znać”. Posłuchał na szczęście.

Uchodzisz za doskonałą matkę i dom jest dosłownie naszpikowany zdjęciami waszych dzieci.

Kocham je wszystkie. Uwielbiam te nasze wspólne chwile, w tym domu zawsze było więcej dzieci niż dorosłych. Mam z całą trójką wspaniałą relację. Moje dzieci już mają rodziny, urodziły nam się wnuki, ale kiedy razem gramy w scrabble, to mówię im, że dopiero wtedy jestem w całości. Nie tylko je kocham, ale się też z nimi przyjaźnię. Gdy piszę do Agatki, to zawsze podpisuję się „macocha, co kocha”. Sama wolałabym mieszkać w lesie, oczywiście gdybym nie bała się wilków.

Jeremi Przybora powiedział kiedyś o tobie: „Magda w wielu miejscach bywa, pomieszkuje”.

Tak, mam kilka domów, jeden w samochodzie, drugi daleko stąd, w ukochanym lesie, który też jest mi bliski jak rodzina. A Jeremi… tęsknię za nim bardzo.

Im bardziej go nie ma, tym bardziej go nie ma?

Im bardziej go nie ma, tym bardziej jest. Najbardziej brakuje mi rozmów z nim. Codziennie gadaliśmy, punktualnie o 9.15, gdziekolwiek bym była, dzwoniliśmy do siebie. Od 4 marca 2004 roku, kiedy zmarł, każdego dnia o 9.15 słyszę tamten dzwonek telefonu. I jeszcze w związku z tym, co dzieje się w Polsce, brakuje mi go bardziej, bo chciałabym to z nim przegadać. Wiem, że on tam na górze to wszystko widzi i martwi się, bo w najśmielszych snach nie przewidział braku tolerancji, rasizmu, faszyzmu. Przewidywał rozkwit głupoty, ale nie to. Dobrze, że na to nie musi teraz reagować.

Agnieszka Osiecka, z którą wiele lat żyłyśmy w przyjaźni, była fascynującym, lecz chodzącym własnymi drogami niewiernym kotem, a Jeremi był najwierniejszy. Z każdej podróży przywoził mi prezent. Ten plakat, który wisi w naszej oranżerii, podarowali mi razem z Alicją po powrocie z Ameryki. To są świerszcze z całego świata, do których przypisane są melodie.

Myślę, że dali mi to po moim „Koncercie jesiennym na dwa świerszcze i wiatr w kominie”. Jeremi mówił do mnie czasem „świerszczyku”, po raz pierwszy usłyszał mój głos właśnie w tej piosence. A pod tą grafiką stoi statuetka hinduskiego bóstwa Ganesha, boga z głową słonia, który stale opiekuje się mną i moimi bliskimi. Ciągle szukam transcendencji i metafizyki, więc te indyjskie symbole boskości pomagają mi w poszukiwaniu osobistego Boga. Jeździłam przez kilka lat do Indii, nigdy nie rozstaję się też z naszyjnikiem, który dzisiaj również mam na sobie. Wierzę, że ten amulet opiekuje się mną tam, gdzie jestem. Kiedyś go zgubiłam i straciłam grunt pod nogami. Gdy się znalazł, złapałam równowagę. To jedna z niewielu rzeczy, która będzie pamiątką po mnie. W moim domu są pamiątki po innych.

A po Agnieszce Osieckiej? Masz jakieś pamiątki?

Pełno zdjęć, listów. Wiele rzeczy oddałam na charytatywne aukcje. Nawet jej torebkę przekazałam na licytację dla potrzebujących dzieci, poszła za monstrualne pieniądze. Mam jej listy, ale gdzie? W stu miejscach. Tak jak wspomnienia po Kalinie Jędrusik, bardzo mi bliskiej. Nawet śpiewam w małej warszawskiej kawiarence „Kalinowe serce”, tam do dzisiaj czci się jej pamięć. Kalina, którą ja znałam, była zupełnie inna niż ta w legendach. Dla mnie była miła i nadzwyczajnie ciepła. A tu jest zdjęcie Zuzi Łapickiej, z komunii, kocham ją bardzo także za to, jakim była fajnym dzieckiem. Obok niej, na sekretarzyku, stoi mnóstwo różnych nagród, ale najważniejsza jest ta statuetka radiowej Trójki – Mateusz za całokształt twórczości.

Miałaś kiedyś dom nad Zalewem Zegrzyńskim, który się spalił. To musi być trudne doświadczenie, gdy spopieli się szmat czasu zamknięty w osobistych przedmiotach.

Potworne. Kiedy tam przyjechałam, zobaczyłam, że został po nim jedynie komin i część piwnicy. Na pogorzelisku znalazłam kartkę z czasopisma „Poezja”, nie zapomnę do końca życia tej symboliki. Bo spłonęły moje pamiętniki, które pisałam od piątej klasy, listy od chłopaków, cała młodość. Mój zazdrosny mąż to tam wywiózł i nic po tym nie zostało. Cierpiałam, że moje młode życie zostało zniszczone, ale po pewnym czasie przestałam się przejmować. Od tamtej pory nie ma dla mnie niesamowicie ważnych rzeczy, niesamowicie ważnych pamiątek, niesamowicie ważnych przedmiotów. Dlatego prawdziwy dom jest tylko w mojej pamięci. Nie są to konkretne ściany i dach, jest wszędzie, gdzie ja jestem i moja pamięć. Pamiętam emocje, pamiętam ludzi i to, co czuli. To jest mój bezpieczny azyl. Metaforyczny dom.

Rozmawiała: Katarzyna Nazarewicz
Zdjęcia: Budzik Studio

reklama