Agnès Borel to prawdziwa czarodziejka. Potrafi ożywić stare mury, a świeże spatynować. Nowy taras i basen wyglądają, jakby przylegały do tej wiekowej francuskiej zagrody od zawsze.


Każdy szanujący się Francuz na hasło „Mont d’Or” reaguje wzmożoną pracą ślinianek. Staje mu bowiem przed oczami mięciutki pleśniowy serek w pudełeczku z drewna świerkowego, który podany jako deser wyjada się łyżeczką. Dopiero w drugiej kolejności myśli geograficznie – Mont d’Or, czyli Złota Góra, to masyw na granicy Francji i Szwajcarii, po obu stronach zresztą znany głównie z tegoż sera. Ale nazwa wzięła się od złocistego kamienia będącego tu podstawowym materiałem budowlanym. Z niego też wzniesiono przed wiekami wiejską zagrodę, której Agnès Borel miała przywrócić dawną świetność. Zresztą kto jak nie ona… Po rodzicach odziedziczyła pasję do antyków i zabytkowych budowli. Studiom architektonicznym zawdzięcza fach projektowania i znajomość materiałów. Będąc kiedyś stylistką mody przy pokazach prêt-à-porter, nauczyła się pracy z kolorami. Od lat w Lyonie i okolicach zajmuje się restaurowaniem starych domów, pilnie trzymając się zasady zachowywania w nich czaru starych murów.
 

Tutaj pracy było co niemiara, łącznie z modelowaniem terenu wokoło. Trzeba było go wyrównać i uporządkować tak, by przy domu stanął duży taras, a niedaleko – basen. Jedno i drugie Agnès zaplanowała wtopić w stare mury, używając identycznego miejscowego budulca w złotym odcieniu. Z obejścia usunęła też kurnik i szopę, a stare klepisko zamieniła na wyłożone kamiennymi płytami patio. Tu, pod dającym cień żaglem, można teraz ucztować z da- la od wścibskich spojrzeń. Starą stolarkę okienną i drzwiową zastąpiły rzemieślnicze cuda z metalu, które wyszły spod ręki Brunona Cappuccia.

reklama


 

Wszystko, co buduje rustykalny klimat domostwa, Agnès starała się ocalić, zregenerować, wydobyć. Spore połacie nieotynkowanych ścian z chropowatych starych kamieni pozostawiła odsłonięte. Tak samo belkowanie – odczyszczone pozostawiła na widoku. Ślady po kornikach i spękania dodają mu tylko uroku. Czasem trzeba było coś wstawić nowego, coś przedłużyć, ale nikt nie jest w stanie tego zauważyć – Agnès spaja stare z nowym bez „szwów”, niejedna tęga głowa zastanawiała się, gdzie tutaj kończy się oryginalna część podłogi czy ściany, a zaczyna ta dosztukowana.
 

Projektantka nie zmieniła układu pomieszczeń na parterze – trudno poprawiać coś, co już przed wiekami dobrze zaplanowano. Ale za to było kilka adaptacji, np. stodoły na domowe biuro. Wszędzie natomiast doszło do intrygujących fuzji, bo niczego na świecie nie lubi bardziej robić, niż mieszać ze sobą style i epoki. Oczywiście tak, żeby nie było żadnych zgrzytów.
 

Na rustykalnym tle pozwoliła sobie na odrobinę minimalizmu (szaro-biało-czarna kolorystyka, proste meble), akcenty stylu postindustrialnego (użyła betonu, dodatków przypominających rury i fabryczne zawory) oraz parę odlotowych, dizajnerskich rzeczy, jak żyrandol złożony z karteczek papieru czy uskrzydlona lampa Inga Maurera „spoglądająca” na jakieś płaskorzeźbione putta. Niektóre przedmioty wywołują salwy śmiechu u gości, jak na przykład hoker z rowerowym siedziskiem i autentycznymi pedałami czy zupełnie niepoważny abażur ze zwisających sztućców.
 

Właściciele uwielbiają „te numery” i wiele innych smaczków, których w tym domu i wokół niego nie brakuje. Lubią również przeróżne zakątki do odpoczywania. A mebli temu służących jest bez liku – tylko wybierać metalowe łoże, niby-gliniane fotele klubowe, rozkładane leżaki czy nieziemskie bujanie się w szklanej kuli zwisającej z powały. Nawet słynny Bubble Chair musiał tutaj zawędrować.


Tekst: Beata Majchrowska
Zdjęcia: Frenchie Cristogatin
Współpraca: Alicja Trusiewicz