reklama

Franke - historia sukcesu

Było wyjątkowo zimno i mokro, gdy Walter Franke, stojąc na warcie, wymyślił pojemnik do przechowywania ciepłego jedzenia dla żołnierzy. 

Wyobrażał sobie, że będzie to spora, cylindryczna bańka ze stali ze skórzanymi szelkami. Kiedy tylko spełnił obowiązek wobec ojczyzny, natychmiast zajął się produkcją. Sprawę miał o tyle ułatwioną, że przejął właśnie po ojcu, Hermannie Franke, rodzinną firmę przetwarzającą cienkie blachy.

Swoje przedsiębiorstwo Hermann założył w 1911 roku w szwajcarskim mieście Rorschach, jednak z czasem przeniósł fabrykę do Aarburg. Po kryzysie, jaki przyniosła I wojna światowa, odbudował biznes i zaczął sprzedawać okna mansardowe, świetliki i okapy do pieców. Prawdziwym przełomem okazały się jednak zlewozmywaki.

Początkowo robione były z nikieliny, a następnie ze stali nierdzewnej. Podstawowa zaleta: łatwo je było utrzymać w czystości. Strzałem w dziesiątkę okazało się opatentowanie technologii, dzięki której w zlewozmywakach nie widać było spawów czy nitów. „Zero zakamarków, zero brudu” – chwaliła się firma. Ojciec Waltera zatrudniał ledwie dziesięciu pracowników, ale gdy pałeczkę po nim przejął młody Franke, było ich już dziesięciokrotnie więcej. Nadszedł czas, by poszerzyć wpływy.

– Klient sam do nas nie przyjdzie, to my musimy przyjść do klienta – tłumaczył pracownikom Walter. Nie żałował pieniędzy na reklamy w gazetach, które zapewniały o znakomitej jakości i trwałości zlewów. „Nierdzewne, nie do zdarcia” – głosił jeden ze sloganów.

Zlewozmywaki szybko stały się sztandarowym produktem Franke. Ale pojawił się problem: musiały powstawać dokładnie na wymiar, a każda kuchnia była inna. Walter zrozumiał, że jeśli chce zwiększyć produkcję, musi ujednolicić wymiary. W 1942 roku we współpracy z firmą Therma (dziś Electrolux) pokazał na targach w Bazylei kuchnię z kuchenką i zlewozmywakiem do zabudowy. Niedługo potem pojawił się ten sam model już z szafkami. Święcił sukcesy – kuchenne meble i sprzęty były jednakowej wielkości – miały 55 centymetrów i te wymiary stały się obowiązujące w całej branży.

Pomysłami Waltera zainteresowały się firmy wyposażające wszelkiej maści lokale gastronomiczne – Franke wkrótce zaczęła produkować sprzęty do kuchni restauracyjnych. Robiła też kuchnie polowe dla wojska, pojemniki-termosy na żywność, zbiorniki na mleko, kegi do piwa i wody mineralnej, a nawet części silników. Fabryka rosła w siłę. Wyjazd na targi do Bazylei zaowocował jeszcze jednym zdarzeniem. W pociągu Walter poznał przedsiębiorcę Williego Piepera. Okazało się, że mają wiele wspólnego: obaj cenią rodzinne wartości, interesują się polityką i uprawiają sport – Walter wspinaczkę, a Willi żeglarstwo. I tak, od słowa do słowa, postanowili, że założą wspólny biznes, Metallwaren AG.


Różnie układały się potem losy nowej firmy, ale przyjaźń obu panów przetrwała kolejne trzydzieści lat i miała ogromny wpływ na historię Franke. Nadeszły bowiem lata 70. – czas kryzysu naftowego. U Waltera pracowało blisko trzy tysiące pracowników, miał przedstawicielstwa w całej Europie Zachodniej. Zdobył właśnie kontrakt na wyposażenia kuchni dla sieci restauracji szybkiej obsługi: McDonald’s i Mövenpick. I wtedy jego przedsiębiorstwo dotknął światowy kryzys. Podupadający na zdrowiu Walter postanowił sprzedać większościowy pakiet akcji swemu przyjacielowi. Udało się zachować rodzinną nazwę, ale biznes przeszedł na własność Williego Piepera. Ten z miejsca podjął dwie decyzje: o podboju rynku amerykańskiego i uproszczeniu organizacji w firmie, dzieląc ją na pięć działów.

– Wszystko, czego potrzebuję do prowadzenia biznesu, mogę zapisać na jednej kartce papieru – mówił z dumą o zmianach. Firma podobnie działa do dziś. Produkuje kuchnie do restauracji i hoteli, ale również dla zwykłych klientów, oprócz tego urządzenia do dystrybucji napojów, kawiarki i armaturę. Na jej czele stoi Michael, syn Williego, wśród pracowników uznany za tytana pracy. W wywiadzie dla „Basler Zeitung” opowiadał ostatnio, że tydzień wakacji na rok i dwa długie weekendy zupełnie mu wystarczają, a pierwsze spotkania w biurze umawia już na szóstą rano. Na dodatek jeździ używanym samochodem, nie zatrudnia szofera i nie ma prywatnego odrzutowca. Auto odkurza sam, a dywaniki podłogowe pierze w domowym zlewozmywaku Franke. Bo „jest wygodny i ma wysoką baterię z wyciąganą wylewką”.

Kiedy dziennikarze zapytali Michaela, na ile wycenia swoje przedsiębiorstwo, odpowiedział: – Nie interesują mnie pieniądze, tylko rozwój firmy. I Franke faktycznie ciągle się rozwija. Robi kuchnie dla McDonald’s, KFC czy Burger Kinga, łazienki są w samolotach Airbus czy Embraer. W tym roku z okazji stulecia firma zatrudniła do reklamy światowej sławy modelkę Heidi Klum. Młoda kobieta uosabia wszystko to, co Franke pielęgnuje od lat: styl, piękno, profesjonalizm i przywiązanie do rodziny. Heidi jest szczęśliwą mamą czwórki dzieci.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Fotografie: Franke

reklama