Kiedyś nie wyobrażali sobie wakacji bez przyczepy. Dziś robią grafik, kto i kiedy będzie mieszkać w domu nad jeziorem. Każdy chciałby spędzić tam lato.

Wakacje? Tylko na kółkach! Grażyna i Krzysztof uwielbiali cygańskie życie: w przyczepie kempingowej, z dobrymi znajomymi, zwykle koło Suwałk. Aż pewnego dnia przyjaciółka znalazła fajną działkę na Mazurach. Można by ją kupić na spółkę i wybudować domy. – I tak siedzieć w jednym miejscu przez całe lato? Co roku? Nie, wieje nudą – protestowała Grażyna. – A nie zauważyłaś, że przez ostatnich piętnaście lat ciągniecie tę swoją przyczepę wciąż w to samo miejsce? – rzuciła Iwona. No rzeczywiście, może wakacje na kółkach były już trochę przereklamowane?

– W dodatku przyjaciele przekabacili mi Krzysztofa. Zachwycił się działką, czyli straszliwym gąszczem, i już wyobrażał sobie, jak będzie tam kiedyś pięknie – wspomina Grażyna. Gdy zobaczyła półtora hektara krzaków nad Jagodnem, stwierdziła, że znajomi chyba porywają się z motyką na słońce. Ale ile warte są wakacje bez ludzi, z którymi znają się jak łyse konie i z którymi wspólnie spędzany czas jest na wagę złota?

Miesiąc później wzięli piły, grabie, motyki również, i ruszyli na wojnę z chaszczami. Działkę podzielili między cztery zaprzyjaźnione rodziny, zasiali trawniki, zbudowali kort i pomost nad jeziorem. Po antykwariatach zaczęli szukać zdjęć gospodarstw, które budowano tu przed laty. Chcieli, żeby ich domy pasowały do mazurskiego stylu. Wszystkie zaprojektował Tomasz Tubisz: kryte gontem, mają ściany ze świerkowych desek (aż spod Wisły) i rzeźbione słupy w podcieniach.

Wtopione w pejzaż, bez barier, schodów, balustrad. Są regionalne, widać to po drewnianych detalach i rzeźbieniach, ale nikomu nie przyszłoby do głowy nazwać je chatami. To domy  nowoczesne, z wysokimi przesuwanymi oknami, przez które wychodzi się na taras. Stąd już tylko kilka kroków nad jezioro. Można łapać ryby, kąpać się i żeglować, bo Jagodne leży na szlaku Wielkich Jezior.

Urządzaniem każdy zajął się na własną rękę. Grażyna i Krzysztof poprosili o pomoc zaprzyjaźnioną projektantkę Beatę Jerulank. Myśl przewodnia: ciepłe dębowe drewno mebli i podłóg, do tego mazurskie białe tło ścian. Trochę tradycji, trochę nowoczesności, a wszystko w zgodzie z naturą. Żeby wnętrze i otoczenie domu wzajemnie się przenikały. Kanapy mają ciepły kolor ziemi, a fotele przed kominkiem – barwę miodu. Fragment ściany pokryto żółtym tynkiem – dodaje energii nawet wtedy, gdy za oknami leje. Słoneczniki na jedwabiu – kopię van Gogha – namalowała koleżanka projektantki. Oprawili je jak obraz w ramę. Nie wiszą jednak na ścianie, lecz są oryginalnym parawanem – jeżdżą na stelażu z kółkami.

Od pierwszych dni maja do końca września pełno tu kwiatów. I pełno ludzi, którzy o nie dbają. – Na Mazurach spędzamy każdy weekend, czasem nawet przedłużony o poniedziałek, bo strasznie nie chce nam się stamtąd wyjeżdżać. Latem siedzielibyśmy non stop, gdyby nie nasze dorosłe córki, które też chcą tu przyjechać ze znajomymi. Już w marcu robimy grafik pobytów nad jeziorem, żeby uniknąć rodzinnych kłótni. Kto by pomyślał, że tak pokochamy to miejsce!

A przecież nadal od czasu do czasu ciągnie ich w podróż. Ot, choćby taką niedaleką – do oddalonej o dwanaście kilometrów karczmy Stara Kuźnia w Przykopie. Wypuszczają się na piechotę przez las, żeby zjeść pyszne pierogi albo świeże mazurskie ryby z chłodnym białym winem. – A przyczepę sprzedaliśmy – śmieje się Grażyna. – Cygańskie życie przestało nas kusić.


Tekst i stylizacje: Kasia Mitkiewicz
Zdjęcia: Przemysław Andruk