Lucyna Patalita wraca do raju

Malarstwo to moja ucieczka od rzeczywistości – mówi Lucyna Patalita. Jej obrazy faktycznie są jak zaproszenie do minionego świata, który zaludniają postacie niczym z rodzinnego albumu.

Prace przeważnie układa w cykle. Kiedy jakiś temat jej się spodoba, potrafi długo się nim cieszyć. – Kiedyś malowałam to, co miałam najbliżej. Rodziców, dom i sad w Gruszowie – opowiada. Tak powstała wzruszająca seria obrazów ze śpiącym ojcem, a powód był przecież prozaiczny. – Tata wracał zmęczony do domu i kładł się spać – wspomina Lucyna. – A ja przyglądałam mu się i nagle odkryłam, że jest idealnym modelem. Nie ruszał się, nie marudził, że musi długo pozować!

W domu w Gruszowie mama każdej jesieni przygotowywała przetwory na zimę, więc Lucyna malowała też słoje pełne konfitur z truskawek, powideł śliwkowych i marynowanych korniszonów. Jest w tych pracach nostalgia, czułość, tęsknota za przeszłością. Styl artystki przypomina malarstwo naiwne: – Patrzę, przetwarzam i upraszczam – tłumaczy. – Bardzo ważny jest dla mnie kolor, bo to on przekazuje emocje, tworzy nastrój, a ja lubię, jak obraz ma w sobie tajemnicę.

Lucyna chętnie wraca do swojego dzieciństwa, do utraconego raju zabaw z kuzynkami, leniwych dni, niedzielnych jarmarków. Bohaterami jej prac są chłopcy w marynarskich mundurkach, dziewczynki w wykrochmalonych fartuszkach i białych podkolanówkach, mali rowerzyści, cyrkowcy. Dzieci na obrazach są poważne, wręcz smutne, jakby już znały bolesną tajemnicę przemijania. Atmosfera tych prac jest senna, surrealistyczna. – Korzystam ze starych fotografii, na których jestem ja, moi bliscy, krewni, sąsiedzi. Przyjaciele dają mi zdjęcia swoich dzieci, wnuków. Ich twarze mnie inspirują.

Niedawno wyobraźnią malarki zawładnęła mała Meksykanka, Leonora. – Siedziałam akurat w Cafe Młynek, mojej ukochanej kawiarni na krakowskim Kazimierzu. Carmen, znajoma Meksykanka, pokazywała zdjęcia swojej wnuczki. To była Leonora. Czarnooka dziewczynka spodobała jej się tak bardzo, że namalowała ją już kilka razy – smutną, wesołą, roztańczoną jak baletnica, z peruwiańskim aniołem i z braciszkiem Alvaro.

Lucyna co chwilę znajduje dla siebie coś nowego: z podróży na Kretę przywiozła fascynację tamtejszą sztuką, w pracowni ramiarskiej na Kazimierzu odkryła niedawno... peruwiańskie malarstwo. Artystka mieszka na Kazimierzu od lat i trochę jej żal, że uliczki i place przeszły metamorfozę, wszystko jest takie wyremontowane. – Dla mnie to koniec pewnej epoki. Uwielbiałam magiczny świat zamkniętych synagog, zrujnowanych podwórek. Pewnie niedługo zacznę malować wspomnienie mojego Kazimierza.


Tekst: Małgorzata Czyńska
Fotografie: archiwum artystki, Waldemar Obcowski, Galeria Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej, Elżbieta Schonfeld