Piorące cudo

Kto by pomyślał, że kiedyś uczono w szkole, jak osiągnąć perfekcyjną czystość, a na domowe pranie trzeba było przeznaczyć kilka dni. Dziś wystarczy wcisnąć jeden guzik.

Londyńskie panny, oczywiście te biedniejsze, uczyły się w szkole matematyki, aby dać sobie radę z zakupami, miały podstawy chemii przydatnej choćby do czyszczenia sreber, ciut biologii, by wybrać najlepsze jajka i... lekcje z prania. Pomoce naukowe? Nieduże wanienki, trochę wody, ługu i brudna bielizna. Było to w roku 1890.
 
Rejs z bielizną

W konkursie na najdłużej używany sprzęt w gospodarstwie domowym niekwestionowaną królową jest kijanka, czyli kij albo drewniana łopatka, którą tłukło się w zmoczoną koszulę czy portki, cały czas spłukiwane wodą. Przez wieki wszędzie prano tak samo, od Ameryki Północnej po Japonię, zresztą w niektórych rejonach świata kijanka używana jest do dziś. Długo do prania przydawała się też... łódź. Brudne rzeczy, wrzucone do solidnego płóciennego worka albo beczki z dziurkami, trafiały za burtę. Po całodziennych połowach ubrania były czyste jak łza. No, ale nie każdy miał łódź. Ludzie radzili sobie więc w inny sposób. Prali tak, jakby ubijali masło. Do drewnianej konwi wkładali drugą z dziurkami i do niej pakowali ciuchy – poruszali nią przymocowanym kijkiem. Dopiero w połowie XIX wieku pojawiła się tara, czyli kawałek falistej blachy oprawiony w ramkę, o który pocierano mokre ubrania. Ale i tak trzeba się było namachać. Prano nad rzeką albo w kuchni, robiąc niezły rozgardiasz. Stąd pomysł na uruchomienie pralni publicznych, w których była bieżąca woda, specjalnie wymurowane korytka i sporo miejsca. Takie pralnie miały też jeszcze jedną zaletę – panie mogły wyrwać się z domu, spotkać we własnym gronie i zasięgnąć języka (do dzisiaj „zrobić pranie” w języku katalońskim odnosi się zarówno do czystości, jak i plotkowania). Przybytki te największą popularnością cieszyły się nad Morzem Śródziemnym, ale zdarzały się i nad Wisłą. Jeszcze w latach 30. spółdzielnia mieszkaniowa ZUS z warszawskiego Żoliborza wybudowała pracownikom osiedle z łaźnią i pralnią.

Międzynarodowy wyścig

Jeśli ktoś dziś mówi, że nie lubi prania, grzeszy. Na początku XX wieku to dopiero było wyzwanie! Najpierw gospodynie grzały wodę w kotłach i wlewały ją do balii albo wrzucały do niej gorące kamienie. A kiedy pojawiły się balie metalowe, po prostu rozpalały pod nimi ogniska. Za proszek, i to od czasów pradawnych Słowian, służył ług, czyli paćka z popiołu drzewnego i tłuszczu. Wykorzystywano też wywar z korzeni mydlnicy, który w przeciwieństwie do ługu nie niszczył skóry. Mydło znane było już od końca XVIII wieku, ale nie każdy mógł sobie na nie pozwolić.

Do balii na tarę trafiały najpierw najmniej zabrudzone rzeczy, potem te bardziej i jeszcze bardziej. Następnie ubrania trzeba było wykręcić, wylać brudną wodę i zająć się płukaniem. Na koniec zostawało też wcale niełatwe prasowanie. Usprawnienie tych nieodzownych domowych czynności stało się więc potrzebą chwili.

Pierwszy patent w kategorii „pranie” w Stanach Zjednoczonych przyznano Nathanielowi Briggsowi w 1797 roku, ale nie wiadomo za co, bo urząd, który przyjął zgłoszenie, spłonął i nie zachowały się żadne dokumenty. Mniej więcej w tym samym czasie Brytyjczyk Henry Sidgier zbudował obracający się bęben pralki. Do wyścigu stanęła też Kanada. John E. Turnbull z Saint John w prowincji New Brunswick w 1843 roku wymyślił wannę na nóżkach z wyżymaczką. Dwadzieścia lat później wyżymaczka, ale przytwierdzona do balii, została pokazana na wystawie w Londynie. Urządzeniem chwalił się Richard Lansdale Pendleton z Manchesteru. W 1851 roku Amerykanin James King wykorzystał parę, która w bębnie obracała łopatki, a te wprawiały w ruch wodę, ale pomysł nie chwycił. Wreszcie w 1905 roku pojawił się John Donald, krawiec z zawodu, niesłusznie nazywany ojcem machiny do prania. Blaszany kocioł z łopatkami obracanymi korbą, gdzie siłą napędową były panie, stał już przecież od dawna w domach po drugiej stronie Atlantyku.

Spaliny czy porażenie?

Kiedy pojawiły się silniki benzynowe, natychmiast zamontowano je w pralkach. A ponieważ były niedoskonałe – zatrucia i omdlenia zdarzały się codziennie. Wielkie nadzieje wiązano więc z elektrycznością, którą zaprzęgnięto do wielu prac domowych. Około 1907 roku za sprawą Alvy J. Fishera silnik elektryczny wprawił w ruch drewniany bęben. Długo uważano, że to on był pierwszy, ale szybko go zdetronizowano! Okazało się, że już wcześniej na amerykańskiej ziemi zgłoszono patent o diabelskim numerze 966677. Niestety, o wynalazcy, który go dostał, nie wiemy nic. Od tego czasu prać było łatwiej, lecz i bardziej niebezpiecznie. Spięcia i porażenia zdarzały się codziennie. W samych tylko Stanach Zjednoczonych do 1940 roku prąd poraził 60 proc. wszystkich użytkowników pralek. A ponieważ sprzedano ich 25 milionów, skala była niewyobrażalna. Przez kolejne lata głowiono się więc nad tym, jak uszczelnić silnik. Próbowano ustawić bęben w pionie (to tak, jakbyśmy przesiedli się z karuzeli na diabelski młyn) i przyspieszyć obroty. Wszystko po to, by zużywać mniej wody i mniej detergentu. Ubrania przestały pływać na wierzchu i łatwiej było je zamoczyć, co okazało się szczególnie ważne w nadchodzącej erze sztucznych tkanin.

W 1934 roku pojawił się automat, który regulował temperaturę wody, odmierzał proszek, krochmalił, wyżymał... Polki mogły się nim cieszyć dopiero czterdzieści lat później!

Biała dama

Proszek wynaleźli w 1907 roku chemicy z niemieckiej firmy Henkel. Połączyli krzemian i nadboran sodu, które wydzielały tlen podczas podgrzewania czy tarcia. Nazwali go... Persil – od pierwszych liter niemieckich nazw tych związków. Wynalazkowi towarzyszyła wielka kampania reklamowa z białą damą w roli głównej, czyli dziewczyną we florenckim kapeluszu i śnieżnej sukience z paczką proszku w ręce. Zachęcała do zakupów z plakatów, magazynów dla pań i ulicznych zegarów. Wymyślił ją w 1922 roku berliński artysta Kurt Heiligenstaedt. Plotka głosiła, że pozowała mu 18-letnia przyjaciółka. Biała dama przez lata reklamowała proszek, zmieniając strój zgodnie z obowiązującymi trendami.

W latach 60. pojawiły się proszki syntetyczne, w czasach pralek automatycznych – takie z „pochłaniaczami” piany. Wreszcie proszki, które przy okazji prania chronią pralkę przed korozją. Lata 90. to pranie w 60°C i moda na koncentraty, wreszcie przyszedł czas na ochronę kolorów, by za moment chronić tylko czerń. Ostatnio producenci poświęcają uwagę alergikom, praniu w 30°C i sokowi z buraków, udowadniając, że nie należy się przejmować nawet najgorszymi plamami. Nasz sztandarowy detergent, czyli IXI 65, dziecko fabryki Pollena, trafił na rynek w 1965 roku. Cieszy się uznaniem do dzisiaj, chociaż pod szyldem marki Henkel. Ale najlepszy i najpiękniej promowany był Radion z plakatem znakomitego grafika Tadeusza Gronowskiego i kultowym hasłem „Radion sam pierze”.

Polityka nad balią

Pranie o mały włos nie doprowadziło do zamieszek. Było to przed wielkim kryzysem w Stanach Zjednoczonych. Tamtejsze pralnie, a tylko w Nowym Jorku było ich 3350, należały w większości do Chińczyków. Biznes przynosił niezłe zyski i wzbudzał zazdrość Amerykanów. Rząd postanowił więc go przejąć. Do boju ruszyły chińskie związki zawodowe, którym udało się cudem utrzymać kontrolę nad praniem. Zupełnie niedawno amerykańscy politycy obradowali nad suszeniem bielizny. Problem był poważny – czy wieszać ją na widoku? Wszystko zależy od stanu. Niektórzy nie mogą wieszać, gdzie chcą, inni rozpinają sznurki wyłącznie na tyłach domów, jeszcze gdzie indziej mokre koszule i gatki łapią wiatr jedynie w nocy. Wolnością cieszy się tylko Floryda.

Dizajnerska Frania

Po II wojnie światowej trafiały do nas pralki z importu, były jednak towarem luksusowym. W 1953 roku w zakładach wyrobów metalowych w Kielcach ruszyła nasza produkcja. Piętnaście lat później każda gospodyni miała wymarzoną Franię z emaliowanej blachy, w szarym, piaskowym albo białym kolorze, wewnątrz ocynkowaną, z ebonitowymi wykończeniami, czasem nawet z wyżymaczką. Dopiero w latach 70. pojawił się Superautomat Polar PS 663 Bio. Trudno było go zdobyć, ale potrafił pracować nawet dwadzieścia lat.

Tekst: Beata Woźniak
Zdjęcia: Be&W, East News, Getty Images, Interfoto/Forum, Museum Victoria, Materiały prasowe firmy Aeg, Miele