Portrety Madrazo

Najsłynniejszy europejski ród portrecistów wywodzi się od córki miernego malarza Tadeusza Konicza z Zielonej Góry, zwanego il Polacco.

Uliczkę znam… w Madrycie, w centrum. Calle los Madrazo jest cicha i niewiele szersza od chodnika. Choć znajduje się w centrum królewskiego Madrytu, wygląda prowincjonalnie. Tymczasem nazwę zawdzięcza najsłynniejszej familii hiszpańskich portrecistów. Jej nestor w więzieniu zaprzyjaźnił się z królem Karolem IV i dzięki królewskim plecom aż dziewięciu jej członków w ciągu ostatnich trzystu lat zapisało się w historii sztuki. Specjalnością Madrazów były portrety szlachetnie urodzonych i „zwykłych” bogaczy. Ale zdarzało im się też malować orientalne pejzaże, a nawet projektować suknie.

Przy okazji wystawy „Ród Malarzy”, podczas której dzieła z muzeum Prado można było oglądać w Poznaniu i Gdańsku, okazało się, że w żyłach tego prominentnego rodu płynie polska krew.

Więzień w Prado

Jedni dziedziczyli nazwisko po mieczu, inni po kądzieli. Bo hiszpański obyczaj nakazuje zamężnej kobiecie dopełnić mężowskie nazwisko swoim rodowym, a potomkom – nosić obydwa. Oprócz talentu w spadku po przodkach dostawali też zdrowie i długowieczność. Protoplasta rodu, José de Madrazo y Agudo zmarł tuż przed osiemdziesiątką, w 1859 roku.

35 lat młodszy od Goi, machać pędzlem zaczął w czasach oświecenia, kiedy popularność zdobywał neoklasycyzm – i José temu trendowi uległ. Nie były to spokojne czasy. Wojny napoleońskie objęły niemal całą Europę, sięgnęły nawet poza kontynent. Tymczasem José Madrazo był – jak byśmy dziś powiedzieli – pacyfistą. Gdy francuski cesarz zdobył Rzym, malarz, pobierający w tym czasie nauki w tamtejszym Accademia di San Luca, odmówił uznania go za swojego władcę. Trafił więc do więzienia i było to najlepsze, co mogło mu się przytrafić.

„Pod celą” poznał nie byle jakich współwięźniów: Karola IV i Marię Ludwikę. Zaprzyjaźnił się z nimi, a król mianował go „pintor de cámera”. W dosłownym tłumaczeniu – malarzem pokojowym, czyli nadwornym. I choć tak naprawdę Karol był królem wyłącznie z nazwy (oficjalnie na tronie zasiadał brat Napoleona), była to posada marzeń. Wiązała się z nią nie tylko bardzo wysoka pensja, ale i prestiż. Tym większy, że po odzyskaniu tronu przez Burbonów Madrazo wrócił do Hiszpanii, został też portrecistą nowego władcy, Ferdynarda VII. Oprócz tego uczył koloru i kompozycji, a także dyrektorował madryckiej Królewskiej Akademii San Fernando. Kolejny zaszczyt spotkał go dwie dekady później – w 1838 roku został dyrektorem Prado – i to było coś!

Ale dla Madrazo i jego dynastii malarzy Rzym okazał się ważny jeszcze z jednego powodu. Przed odsiadką José poznał tam ukochaną kobietę. Izabela Kuntze była córką – jakże by inaczej! – malarza nazywanego Taddeo Polacco. Łatwo odgadnąć, że Taddeo pochodził z polskich ziem (a konkretnie z Zielonej Góry). Kiedyś nazywał się po prostu Tadzio Konicz, ale „przez jakąś fatalną manierę” zmienił sobie nazwisko na Kuntze.

Na zagraniczne studia wysłał zdolnego chłopaka do Rzymu jego mecenas, krakowski kanonik Andrzej Stanisław Kostka Załuski. Po powrocie na jego zamówienie Taddeo malował obrazy dla zgromadzenia misjonarzy na Stradomiu, jego prace znajdziecie dziś i w kościołach rzymskich, i u Wizytek w Warszawie, a także w Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze. Wybitny może nie był, ale uchodził za niezłego kolorystę.

Męskie trio

Miłość José i Izabeli zaowocowała trójką dzieci. Dwaj starsi synowie, Federico (1815-94) i Pedro (1816-98), urodzili się jeszcze w Rzymie; najmłodszy Luis (1825-97) przyszedł na świat już w Madrycie. Wszyscy zostali malarzami. Warsztatu uczył ich ojciec, a potem madrycka akademia, gdzie tata wciąż miał na nich oko.

Nazwisko ułatwiło chłopcom start. Pierworodny, Federico de Madrazo y Kuntz, po śmierci ojca przejął stanowisko dyrektora Prado (szefował muzeum dwukrotnie!) i rektora Królewskiej Akademii. Ale bez talentu nie doszedłby do tych zaszczytów. Tymczasem Federico rozpoczął studia jako czternastolatek i już na pierwszym roku namalował wielkie dzieło – „Zmartwychwstanie Chrystusa” (1829). Obraz tak bardzo spodobał się królowej Marii Krystynie, że go kupiła. Niewiele później powstała kolejna kompozycja „Achilles w swoim namiocie”, za którą młodzieniec został przyjęty do grona akademików. Potem zyskał sławę najwybitniejszego portrecisty epoki. Jego idolem był Ingres. Podobnie jak francuski mistrz, Federico potrafił znakomicie oddać charakter modeli, zawsze pamiętając o starannym wykończeniu swoich malowideł. Wśród jego klientów znajdowały się nawet koronowane głowy, jak Izabela II, córka Ferdynanda VII, królowa Hiszpanii przez długich 35 lat.

Skoro o podobiznach mowa – tu znów pojawia się polski wątek. W 1850 roku portret u Federico zamówił Atanazy Raczyński, ambasador Prus w Madrycie (dziś obraz ten wisi w poznańskim Muzeum Narodowym).

Pedro i Luis również garnęli się do portretów, ale nie gardzili tematyką religijną i historyczną. Ich obrazy są realistyczne, widać jednak, że ich twórcy odebrali też solidną lekcję romantyzmu. Skąd? Z zagranicy. Ówczesna tradycja nakazywała artystom odwiedzić Włochy, zwłaszcza Rzym, oraz Paryż. Trzej panowie „M” również wybrali się na taką wycieczkę. Otrzaskani w świecie, zorientowani w nowych kierunkach, młodsi bracia założyli awangardowy jak na owe czasy magazyn i pisali w nim o sztuce. Bynajmniej nie swojej.

Paryżanin z Hiszpanii

Trzecie pokolenie familii Madrazo też stanęło za sztalugami. Za pędzle chwyciło dwóch synów Federika, a wnuków José – Raimundo (1841–1920) i Ricardo (1851–1917). Nosili trochę inne nazwisko: Madrazo y Garreta. Oni również, jak przedtem ich papa, skwapliwie skorzystali nie tylko z pozycji, ale też wskazówek antenatów i obaj kontynuowali jednocześnie rodzinną tradycję portrecisty.

Starszy, mając lat 21, wyjechał do Paryża, by tam studiować w École des Beaux-Arts. I już nad Sekwaną pozostał. Miał własne studio – ustawiały się tam kolejki chętnych, którym marzyły się podobizny spod jego pędzla. Hiszpan idealnie utrafiał we francuski smak. Malował z werwą, jednocześnie trochę „salonowo”. Uwieczniał eleganckie kobiety z socjety – świadome swego uroku, pewne siebie, kokieteryjne. Prawdziwe paryżanki.

Raimundo nie doczekał się męskiego następcy. Miał natomiast córkę Cecilię, która poślubiła – rzecz jasna – artystę, Katalończyka. Ten nie był zamożny, lecz wróżono mu wielką karierę. Nazywał się Maria Fortuny y Marsal (1838-74). Osierocony jako dziecko, wychowywał się pod okiem dziadka i według jego planów miał zostać rzeźbiarzem woskowych figur. Wykazywał jednak inne uzdolnienia – do pędzli, do kolorów! Jego paleta roziskrzyła się jasnymi barwami po podróży do Maroka. W Paryżu, gdzie pojechał w 1868 roku, poznał Cecilię, zakochał się i ożenił. Razem podróżowali do Granady, znów do Paryża, potem do Rzymu. I tam przytrafiło się nieszczęście – 36-letni, przystojny i rokujący nadzieje twórca niespodziewanie zmarł. Podobno powaliła go malaria.

Wenecki książę mody

Najbardziej wszechstronnym członkiem klanu Madrazo okazał się Mariano Fortuny y Madrazo (1871-1949), syn Maria. Owdowiała Cecylia nie miała czego szukać w Rzymie, zabrała więc trzyletniego chłopaka do Paryża. Gdy Mariano skończył 18 lat, wybrał jednak Wenecję. Na zawsze. Zamieszkał we wspaniałym XIII-wiecznym pałacu (po jego śmierci zamienionym na Museo Fortuny).

Przestronne, gotyckie wnętrza rezydencji Mariano skrupulatnie podzielił na pomieszczenia do sztuki, eksperymentów, doświadczeń i inspiracji. W tych ostatnich umieścił kolekcję dzieł ojca oraz własne zbiory: obrazy, rzeźby, ale też zwykłe pamiątki, które zwoził hurtowo z każdej podróży. Poza zbieractwem miał wiele pasji. Prawdziwy człowiek renesansu! Scenograf, fotograf, inżynier, chemik, wynalazca (opatentował ponad 20 wynalazków!), projektant oświetlenia (m.in. dla teatru i opery). Oczywiście też malował, ale sławę przyniosła mu moda. A konkretnie inspirowane antykiem półprzezroczyste tuniki. W początkach XX wieku wyglądały na salonach co najmniej rewolucyjnie.

Fortuny pierwszy pozbawił kobietę biżuterii i rozebrał z gorsetu. W zamian dał jej cienkie ręcznie zdobione tkaniny i suknie, inspirowane strojami starożytnej Grecji. Najsłynniejszy fason w kolekcji nazwał „suknią delficką”. Nomen omen, Fortuny stał się dla wielu elegantek modową wyrocznią. Jego prościutką, gęsto plisowaną długą tunikę, na dole obciążoną szklanymi paciorkami i nieprzyzwoicie ciasno oblepiającą nagą figurę lansowały ówczesne celebrytki – jak choćby aktorka Eleonora Duse, madame Condé Nast, żona założyciela imperium magazynów lifestylowych, czy tancerka Isadora Duncan.

Mariano otworzył salon mody w 1906 roku i wraz z żoną Henriettą (doświadczoną krawcową) prowadził go przez następnych 40 lat. Ale nie ograniczał się wyłącznie do projektowania ubrań. Na górnym piętrze swego palazzo tkał, farbował materiały i poddawał je rozmaitym technicznym zabiegom, m.in. plisowaniu i kreszowaniu (czyli takiemu zaginaniu, aby powstały ozdobne zagniecenia tkaniny, które nie prostują się w praniu).

Sam Mariano również lubił się ekstrawagancko ubrać, żyć luksusowo i otaczać przepychem. Kto chce go poznać bliżej, niech wybierze się do jego weneckiego muzeum. Albo przeczyta „W poszukiwaniu straconego czasu”, bowiem Marcel Proust jednego z bohaterów powieści ulepił na podobieństwo Mariano Fortuny’ego. A zrobił to z taką swadą i wyczuciem, jakby w jego żyłach też płynęła krew Madrazo.

Tekst: Monika Małkowska
Zdjęcia: Comunidad de Madrid, Wikipedia,  Album/Prisma/East News