Co: Metafizyka płci. Wizja kobiety demonicznej Stanisława Przybyszewskiego i jej echa w twórczości artystów polskich XX wieku. Wystawa czynna do 30 stycznia 2015 roku.
Gdzie: Olsztyn, BWA Galeria Sztuki, al. Marsz. J. Piłsudskiego 38


XIX wiek nie był łaskawy dla kobiet. Kazał im zastygnąć w niewygodnej pozie uległej żony, anioła domowego ogniska interesującego się wyłącznie kulinariami i haftowaniem. Wszelkie pasje były surowo zakazane. Podniecenie mogłoby zaszkodzić delikatnej niewieście, wytrącić ją z równowagi. A wtedy Bóg jeden wie, do czego byłaby zdolna! Niewiele rzeczy przerażało ówczesnych mężczyzn bardziej od samodzielnej kobiety. Utożsamiali kobiecość z naturą – nieprzewidywalną, niebezpieczną. Dzikie zwierzę lepiej trzymać w klatce, a babę ścisnąć gorsetem z fiszbinów i wiktoriańskiej moralności. Ściskanie szło całkiem nieźle, ale pod koniec XIX wieku „piękne zwierzę” zahipnotyzowało swoich strażników i wymknęło się z więzienia. Stanisław Przybyszewski już czekał, aby podać mu ramię.

Był przekonany, że człowiekiem rządzi wszechogarniający erotyzm, a mężczyzna nie ma szans w starciu z kobietą – drapieżną i bezwzględną, marzącą tylko o tym, by go upolować, dosiąść, a potem zniszczyć. Biedaczek może tylko próbować ucieczki (bezskutecznie) albo poddać się tej demonicznej istocie i przeżyć kilka chwil ekstazy, zanim wyssie z niego wszystkie soki. Schopenhauerowska „metafizyka płci” w wydaniu Przybyszewskiego stworzyła nowy ideał kobiety – femme fatale, zmysłowego potwora, modliszkę. Całkowite zaprzeczenie wiktoriańskiego „anioła domowego ogniska”, uosobienie męskich lęków i… ukrytych pragnień. Ta dwoistość, oszałamiający miks rozkoszy i bólu, stała się inspiracją dla młodopolskich artystów i ich następców.

Olsztyńska wystawa ukazuje ewolucję konceptu Przybyszewskiego od końca XIX wieku aż do czasów współczesnych. Zobaczymy kobiety demony z prac Wojciecha Weissa (w tym portret ich „królowej” – niezwykłej Dagny Juel, żony Przybyszewskiego), nieobliczalne harpie i „psychiczne sadystki” kreślone przez zestrachanego Witkacego; wyzywające dominy, dla których Bruno Schulz był gotów czołgać się w błocie, oraz babilońskie nierządnice Lebensteina. Jako kontrapunkt dla tych artystyczno-masochistycznych fascynacji wystąpią prace Jacka Sroki, „doprawiając” całość solidną dawką groteski i ironii. Sroka rozprawia się z przybyszewszczyzną aż wióry lecą. Wyniosła femme fatale zostaje przez niego rozebrana na części pierwsze, odarta ze scenicznego kostiumu.

Traci nadprzyrodzoną aurę, ale zachowuje siłę. Jest krzepką babą, zimną suką albo erotycznym snem męskiego wymoczka – śmiesznym, strasznym i dziwnie znajomym. Już nie straszy facetów z metafizycznego musu, tylko z przyzwyczajenia albo dla zwykłej radochy. Zmieniła się, bo i świat przeszedł metamorfozę. Przybyszewski szokował krakowskich mieszczan swoją doktryną panerotyzmu, nie mając bladego pojęcia, że zwiastuje epokę, w której kobieta demoniczna przestanie kogokolwiek przerażać, a seks spowszednieje do tego stopnia, że da się nim reklamować rynny i dachówki.

Tekst: Weronika Kowalkowska, Staszek Gieżyński
Zdjęcia: Materiały prasowe muzeów i galerii

reklama