Jedzenie to megahit popkultury. Paradoksalnie, im większą karierę robią programy telewizyjne poświęcone gotowaniu, im liczniejsze przepisy w internecie, im więcej w księgarniach kulinarnych poradników, tym na co dzień gorzej jadamy. Zanika to, co nazywaliśmy kulturą kulinarną. Przy okazji obumiera i sztuka obrazująca wykwint stołu, urodę jadła, i przyjemności konsumowania darów bożych w doborowym towarzystwie. Martwa natura, motyw obowiązkowy na studiach plastycznych, w galeriach prawie nieobecny.

Na ostatnich aukcjach wypatrzyłam zaledwie kilka kompozycji należących do gatunku „still lifes”. Autorzy bynajmniej nie z górnej półki. Większość z pokolenia kolorystów i postkolorystów: Erno Erb („Targ”), Simon Segal („Kompozycja z owocami, butelką i lalką”), Ryszard Zając („Kosz z owocami na krześle”). Przedstawiciele późniejszych pokoleń, np. Kiejstut Bereźnicki, Iwona Wojewoda-Jedynak czy Agnieszka Stańczyk, przywracają tradycje realizmu. Ale ograniczają się do naczyń, rezygnują z dań. Pierwszy pokazał „Szkło z odbiciem w lustrze”, dwie kolejne panie zaprezentowały dzbanek, misę, filiżankę. I nic na ząb.

Skazani na fast foody

A z żarciem nie ma żartów. Jak dowiodła Babette, bohaterka słynnego opowiadania Karen Blixen (i jego jeszcze głośniejszej ekranizacji), jedzenie to nie tylko potrzeba ciała. To też posiłek dla ducha, karma dla wzroku i umysłu, tradycja, łączność z przodkami. W jeden z majowych weekendów trafiłam w Austrii na festiwal smakołyków.

W parku Schuberta pojawili się producenci z różnych regionów, wytwarzający przysmaki własne oparte na tradycyjnych przepisach. Patrzyłam na degustujące tłumy przewalające się przez park. Dawno nie widziałam równie rozweselonych twarzy. Radowali się też sami producenci przysmaków. Trud i wysiłki ich przodków nie poszły na marne, były docenione.

„Losy narodów zależą od ich sposobu odżywiania się”, zauważył Brillat-Savarin w epokowym dziele „Fizjologia smaku” (początek XIX wieku). Chyba nie przewidział, że za dwa stulecia wszyscy będą jedli mniej więcej to samo, czyli fast foody. Wizualny symbol szybkiego żarcia stworzył amerykański popartysta Claes Oldenburg: monument z gipsu w kształcie gigantycznego hamburgera.

Od razu widać, że zaszkodzi zdrowiu. Warto przypomnieć inny wzorzec: zjadacza. Pokazał go ponad osiemdziesiąt lat temu Roman Kramsztyk, polsko-francusko-żydowski twórca. Sportretował mianowicie Karola Szustera jedzącego raki. Na szerokiej twarzy przemysłowca maluje się zadowolenie. Serwetka pod podwójnym podbródkiem, wypielęgnowane dłonie, którymi dobiera się do mięsa skorupiaków, popijając je wybornym trunkiem. Delektuje się smakołykiem. Aż zazdrość bierze!

losy martwej natury

Początki gatunku zwanego martwą naturą były skromne. Pierwsze „still lifes” pojawiały się mimochodem, jako akcent kolorystyczny, podkreślenie miejsca i czasu akcji (pora posiłku, kuchnia, salon). Na przykład Joos van Cleve w „Świętej Rodzinie” (1515 r.) pokazał Marię karmiącą Dzieciątko mleczną piersią. Na parapecie, na pierwszym planie, posiłek dla starszych – owoc i wino.

Minął wiek z okładem, gdy jarzyny awansowały do miana samodzielnych bohaterów malowidła. Przyczynił się do tego manierysta i dziwak Arcimboldo, składający niby ludzkie gęby z jadalnych elementów. Z daleka widać coś jak oblicze zażywnego jegomościa; z bliska, w lustrzanym odbiciu, cynową misę pełną cebul, rzodkwi, pietruszek, czosnku. Zręczność malarska i dające do myślenia „uczłowieczenie” jedzenia.

Kto widział „Wielkie żarcie” Ferreriego – krytykę konsumpcyjnego społeczeństwa – ten może postrzegać holenderskie martwe natury z XVII i XVIII stulecia jako zapowiedź tego filmu. A już na pewno trącące przesytem sceny z targu i widoki spiżarni, które wyszły spod pędzla Joachima Beuckelaera.

Między innymi kompozycjami antwerpski XVI-wieczny malarz wiernie odtworzył stoisko lokalnego masarza. Imponująco zaopatrzone: tu rozpłatane wół i prosię, tam szynki i głowizna, obok raciczki, ogony, ozory. Wśród mięsnego przepychu króluje szef, operujący z prestidigitatorską zręcznością nożem. To była złota epoka Niderlandów, a bogactwo kraju odzwierciedlało się w sztuce.

Talerz – dowód rzeczowy

„Powiedz, co jesz, powiem, kim jesteś” – zapewniał przywoływany już Brillat-Savarin. Podobne przesłanie niosą dzieła sztuki zajmujące się kuchnią i gastronomią. Na przykład Andy Warhol nadał zupie Campbella rangę symbolu nowoczesnego jedzenia. Trafił, bo przetwory i półprodukty to znamię naszych czasów. Natomiast Daniel Spoerri, przedstawiciel kierunku zwanego nowym realizmem, aranżuje w realu towarzyskie spotkania z wyszynkiem i sutą michą. Po rozejściu się gości utrwala „krajobrazy po bitwie” pozostawione na stole. I wystawia je w galeriach.

Na pierwszy rzut oka dzieła Spoerriego wydają się niezidentyfikowaną materią, bo dla zmyłki autor wiesza kompozycje w pionie, jak obrazy. Potem następuje olśnienie: przecież to talerze nieumyte po kolacji, niedojedzone dania, resztki bagietki, rozgniecione pety. Artysta znany jest z kucharskich talentów, nawet prowadził w Nowym Jorku restaurację. Jego zaproszeniom nikt nie odmawia, bo to przepustka do historii. Spoerri stan pobiesiadnego stołu dopełnia informacjami o uczestnikach i zjedzonych daniach. Szczególny sposób ocalenia od zapomnienia.

Artystyczne menu

Na koniec mam propozycję: skomponujmy sobie dzienne menu wedle receptur z obrazów. Tych najsłynniejszych, podręcznikowych. Jak się okazuje, to całkiem zdrowa dieta. Na dzień dobry – oferta „Dziewczyny z dzbankiem mleka” Vermeera. Prosta córka ludu ma szacunek do darów bożych. Nalewa biały płyn w modlitewnym skupieniu.

Obok niej stoi koszyk z pieczywem. Żytnim, ciemnym. Dla bardzo głodnych – jajka usmażone przez „Starą kucharkę” Diego Velázqueza. Lunch przygotują chłopi z „Wiejskiego wesela” Pietera Bruegla (placki z sosem mięsnym). Na podwieczorek filiżankę czekolady poda „Dziewczyna” namalowana przez Jeana-Étienne’a Liotarda (ze szklanką wody do popitki). Kolacja: pieczone kartofle według przepisu skopiowanego wedle „Jedzących kartofle” Vincenta van Gogha. A na deser – winogrona i melon od „Chłopców” Bartolomé Murilla. Niebo w gębie! Polecam.


Tekst: Monika Małkowska
Fotografie: Muzeum Narodowe w Warszawie, katalogi aukcyjne, Forum