reklama
polska sztuka współczesna

Portrtety domowe Marii Kiesner

Artyści

Artystka domy maluje jak ludzi – opowiada ich historię, pokazuje charaktery.

reklama
Od góry: „Dom Richtera (zielony)”, 2014 r.; „Zegrze”, 2004 r.; „Północ II”, 2017 r.

Malujesz budynki co najwyżej w otoczeniu drzew. Ludzi na twoich obrazach nie ma nigdy. Dlaczego? 

Opowiadam o świetle, bryle i przestrzeni. A postać ludzka wprowadza anegdotę, skupia na sobie uwagę i odciąga od tego kontekstu. Ale na twoje pytanie mam jeszcze jedną odpowiedź – każdy budynek to dzieło człowieka, więc moje malarstwo to głęboka opowieść o nim, o czasach, o historii. Hołd dla niego.
 

Jak to się stało, że skupiłaś się na architekturze?

Malowałam od dziecka: ludzi, budynki, zwierzęta. Przed dyplomem na ASP pojechałam do Nowego Jorku przygotowana, że będę oglądać muzea i galerie, w ramach inspiracji. Ale po tygodniu był zamach na World Trade Center i nagle mój pobyt zmienił się w wizytę w smutnym mieście po katastrofie: Piąta Aleja bez ludzi, tylko z niebieskim niebem. Wróciłam do Warszawy i zaczęłam malować to, co tam przeżyłam – puste miasto i architekturę. 
 

Portret domu – tak krytycy piszą o twoich obrazach. W jaki sposób go tworzysz?

Malowany budynek dokładnie badam – jak wygląda z każdej strony, czy jest wolnostojący, czy ma towarzystwo, ogród, ogrodzenie. Na obrazie podbijam to, co jest w nim dla mnie ważne, a jednocześnie czyszczę z pewnych detali. Tak samo jak przy malowaniu portretu człowieka, gdy szuka się cech najistotniejszych i się je wydobywa. Od niedawna skupiam się w ogóle na samych bryłach – zaczęłam je nawet wycinać ze zdjęć i przedstawiać na jednobarwnym tle, bez otoczenia.

Malarstwo współczesne polskie
„Kajaki”, 2006 r.

A jak wybierasz swoje modele?

Decydują proporcje i porządek – brak nadbudówek, ozdobnych fasad, szlachetność kompozycji i zdecydowanie. No i modernistyczna bryła, bo jestem miłośniczką tego stylu we wszystkich odsłonach: socrealistycznej i tej oryginalnej z lat 20. i 30. XX wieku. Taka architektura sprawia, że chcę malować. Miałam okres fascynacji PRL-em, czyli czasem mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Lubię też budynki przypominające bunkry, kubiki i gmaszyska – takie, jakie były w Polsce, w dwudziestoleciu.
 

Malujesz ze zdjęć?

Tak. Chętnie ze starych, dużoobrazkowych, dziś już się tak nie fotografuje architektury. Moja biblia to fotografie Czesława Olszewskiego. Używam tych czarno-białych, zagadnienie koloru mnie na nich nie interesuje.
 

Ale kolor w ostatnich czasach coraz częściej się pojawia na twoich pracach.

Tylko że to nie są kolory ze zdjęć, ale dodane przeze mnie. Sama jestem zaskoczona, że zdobył taką autonomię. Wcześniej był służebny wobec bryły, a dziś jest często ważniejszy. Nie potrafię tego wytłumaczyć, to proces, na który nie mam wpływu.

 

Z MALARKĄ MARIĄ KIESNER ROZMAWIAŁA AGNIESZKA WÓJCIŃSKA

ZDJĘCIA: ARCHIWUM PRYWATNE ARTYSTKI, GALERIA ART