Portrety intymne Wojciecha Plewińskiego

Zaproszenia

Pół wieku temu fotografował gwiazdy, modelki, jazzmanów. Sam robił nawet makijaż i wybierał ciuchy, często przeglądając szafy znajomych. Po Polsce jeździł kultowym włoskim skuterem lambrettą ze sprzętem oraz puszką benzyny pod nogami. Znał wszystkich i wszyscy jego znali. Legenda Wojciech Plewiński kończy 85 lat i nie rozstaje się z aparatem.

Nam opowiada o uchwyconych kadrach:
– Zdjęcie Krzysztofa Komedy zrobiłem na zakopiańskim wyjeździe Piwnicy pod Baranami, gdzie śpiewała moja pierwsza żona Joanna, a przygrywał zespół Komedy. Mieszkaliśmy w nędznym pensjonacie. W jednym pokoiku z dwoma łóżkami: my i Zosia z Krzysztofem. Wtedy to Krzysztof postanowił nauczyć się grać na drugim instrumencie. Codziennie rano, to znaczy przed południem, budził nas dźwięk saksofonu. Byłem ze dwa metry od niego i uchwyciłem ten moment szerokim kadrem. Gdybym wiedział, że różni moi przyjaciele tyle osiągną, takie kariery porobią, pstrykałbym zdjęcie za zdjęciem.

Ciekawe, że przez całe życie fotografowałem Beatę Tyszkiewicz. Ujęcie na plaży jest jednym z pierwszych, które jej zrobiłem. Była wówczas w liceum i pomieszkiwała w wakacje u Turowiczów. Znaliśmy się. Pałętałem się po plaży z aparatem, a że jestem wyczulony na kobiety, stąd to zdjęcie. Potem zresztą dałem portret Beaty na okładkę „Przekroju” do 800. numeru.

Fotografia Anny Dymnej też powstała przypadkowo. Jechałem samochodem. A tu idzie dziewczyna – fascynująca, taka łasiczka. Wjechałem na chodnik. Wtedy jeszcze nie było kłopotów z parkowaniem. Podbiegłem, zaczepiłem ją, wyjmując dziennikarską legitymację. Okazało się, że zna mnie z Teatru Słowackiego, gdzie robiłem zdjęcia. Ona statystowała w „Weselu”, chyba świeżo zaczęła studia. Poszliśmy za Lasek Wolski na jakieś pola. Świetnie pozowała.

Pewnego razu trafiłem z całą grupą artystów do budowanej właśnie Huty Katowice. Mieliśmy się bratać z robotnikami. Brnęliśmy w błocie i deszczu takim busikiem z numerem jeden. Ta jedynka wydała mi się znacząca, kiedy obok niej przysiadła Maryla Rodowicz, bo przecież była najlepsza.

Anna Seniuk jest na grzbiecie wilka. Tak sobie ją wymyśliłem i... położyłem. Grała wówczas w filmie Wajdy „Panny z Wilka”.

Z kolei zdjęcie Andrzeja Wajdy zrobiłem dla Starego Teatru. Był początek lat 70., a on reżyserował absolutnie genialne „Biesy” z niezwykłą scenografią Kryśki Zachwatowicz i rewolucyjnym oświetleniem. Wajda to czujny i wrażliwy człowiek, uwielbiał pozować. Doskonale sobie zdawał sprawę ze światła i kompozycji.

Kiedyś ze Sławomirem Mrożkiem poszliśmy na spacer. Poprosiłem, aby się zatrzymał, a sam się wycofałem. Czekał, trochę się kręcił to w jedną, to w drugą stronę. W pewnym momencie w kadr wbiegli chłopcy i wtedy nacisnąłem spust migawki. Dwa lata temu poprosiłem go o podobne zdjęcie. Stanęliśmy w tym samym miejscu na Kanoniczej, ale to już była inna ulica...

Wysłuchała: Beata Woźniak
Zdjęcia: Wojciech Plewiński

Prace artysty można oglądać na wystawie w Sopockim Domu Aukcyjnym w Warszawie na Nowym Świecie 54/56 od 8 do 21 listopada. Wystawa zostanie zakończona aukcją.
„Weranda” jest patronem medialnym obu tych wydarzeń.