werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Zwierzęta małe i duże

Atelier artystów

Janusz Towpik podpatrywał przyrodę jak naukowiec. Ale do domu przynosił nie notatki, lecz szkice i rysunki.

Zaraz, zaraz, ja to przecież znam – pomyślałem, patrząc na kolorowe postaci słowiańskich wojów, na gęstą knieję, żubry, łosie i ptactwo. – Znam to – powiedziałem w końcu na głos. – To moje dzieciństwo. – Często ludzie tak reagują, widząc ilustracje ojca – zaśmiała się siedząca obok Barbara Towpik-Roszkiewicz.

Proszę więc oderwać wzrok od tekstu i zerknąć na rysunki. Ja odnalazłem w zakamarkach pamięci bajkę Ewy Szelburg-Zarembiny „Lech, Czech i Rus”. A co znajdą państwo? Opowieść o Herkulesie, o psich rozmowach czy tablice zoologiczne z Encyklopedii Powszechnej PWN? Znaczki pocztowe z polskimi drzewami czy zwierzęta z warszawskiego zoo? Wszystko to dzieło Janusza Towpika – architekta, który wolał być artystą, i miłośnika przyrody, który stał się znakomitym zoologiem.

Koniki i konie
Popatrzmy na ilustracje do bajki „Złota antylopa”, przeznaczonej do oglądania na zapomnianym już dziś diaskopie, czyli rzutniku do przezroczy. Jedna z plansz przedstawia stado małp zrywających owoce. Większość czytelników zapewne nawet nie zastanowiła się, co to za stworzenia. My możemy je rozpoznać, zaglądając do wydanego już po śmierci artysty atlasu „Małpy i małpiatki”. Stado szaro-białych zwierzaków o ciemnych pyskach to hulmany. Zamieszkują Indie i kraje sąsiednie, a więc te miejsca, w których rozgrywa się akcja baśni.

– Ojciec sam nauczył się systematyki roślin i zwierząt, by mieć solidne podstawy w ilustratorskiej pracy – opowiada córka artysty. Podobne wspomnienia zachował też Franciszek Maśluszczak, z którym razem wykładali na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Wspólny spacer po zoo szybko stał się pełnym ciekawostek wykładem o zwierzętach. Malarz przyznawał, że podchodził do tabliczek przy wybiegach, by sprawdzić, czy zgadzają się podawane przez kolegę informacje, ale na żadnej pomyłce go nie złapał. „W trakcie spaceru i rozmowy Janusz bezustannie rysował zwierzęta, ptaki, owady – także w ruchu, co jest bardzo trudne” – wspominał Maśluszczak. Fascynacja zarówno sztuką, jak i światem przyrody zaczęła się już w dzieciństwie. W rodzinnym archiwum jest zdjęcie małego Janusza z ołówkiem i notatnikiem w ręce. Na innym, w stroju ułana, dosiada bujanego konika Aldi. Janusz najpierw konie rysował, później – na studiach – zaczął jeździć konno.|

Z wiekiem zakochał się też w malarstwie Juliusza Kossaka i powieściach Sienkiewicza. Stryjeczny brat artysty wspominał, jakie wrażenie zrobiła na nim pomalowana przez młodego twórcę… łazienka. Ówczesny gimnazjalista pokrył ściany obrazami wodnych roślin i ryb. Jasne było, że chłopak ma talent. Chciał studiować na ASP, ale rodzina uważała, że w powojennej rzeczywistości los artysty jest niepewny. Krakowskim targiem trafił na architekturę: studia techniczne, lecz powiązane ze sztuką. – Jedynym projektem, jaki kiedykolwiek zrobił, był jego dyplom – opowiada pani Barbara. Przez kilkanaście lat uczył jednak na macierzystym wydziale rysunku.

Badylowe wdzięki
Pierwszą książką zilustrowaną przez Towpika był „Kruczek chudy nie miał budy” – wydaną w 1960 roku rymowankę Maria Kownacka napisała specjalnie z myślą o ilustratorze. Temat oczywiście zwierzęcy. Potem kolejne: m.in. „Myśliwy Charibu. Baśnie wschodnie” w opracowaniu Ananija Brindarowa, „O księciu Gotfrydzie, rycerzu gwiazdy wigilijnej” Haliny Górskiej czy „Psie rozmowy” Haliny Pietrusiewicz. Wszędzie przewijały się motywy przyrodnicze. – Przyroda z jej przeogromnym bogactwem jest dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji artystycznej – mówił artysta. Podglądał ją nałogowo: na łąkach, mokradłach i w lasach. Franciszek Maśluszczak wspominał, że na plenerze malarskim ze studentami w Tykocinie Janusz wstawał przed świtem i szedł rysować „wschody słońca, poranne mgły, nastroje przed przebudzeniem dnia”. Maria Kownacka dedykowała mu nawet wiersz „Styczniowe badyle” słowami: „Januszowi Towpikowi, odtwórcy badylowych wdzięków”.

Rysowane na gorąco krajobrazy studenci artysty ochrzcili „towpikami”. Była to rygorystyczna forma, niemal jak haiku. Twórca podklejał niewielkie kawałki kalki technicznej kartonem. Pejzaż rysował kredkami, a następnie utrwalał lakierem. Na odwrocie zamieszczał datę i godzinę wykonania rysunku oraz krótki komentarz, np. „przekwitły i mają bazie/ jak osiki – kawa z mlekiem” lub „wierzby stare/ brzózki, olchy/ bardzo ciepło”. Córka wspomina, że z przyborami do tworzenia „towpików” nie rozstawał się nigdy.

Ssaki, ryby i chów bydła
„Towpiki” miały również praktyczne zastosowanie – służyły jako notatki przy tworzeniu ilustracji. Szczególnie gdy przychodziło do realistycznych przedstawień. Bo rysownik ilustrował książki dla dzieci i młodzieży, ale też publikacje naukowe. W pierwszej połowie lat 60. jego rysunki przyrody znalazły się w dwóch szkolnych podręcznikach: do geografii i przyrody. Niedługo potem ukazała się pozycja „Ssaki Polski” Włodzimierza Serafińskiego. Powstało 51 tablic z ilustracjami, na nich ponad 70 gatunków ssaków. Towpik, perfekcjonista, w kolejnym wydaniu zmienił część plansz, bo z ich pierwszej wersji nie był zadowolony. Ilustrował też atlas ryb, ale zdaje się, że praca nie sprawiała mu takiej przyjemności jak rysowanie innych stworzeń – może z powodu schematycznego sposobu przedstawiania rybich okazów. Ilustracje pojawiły się nawet w poradniku „Gospodarski chów bydła”, gdzie informacyjne plansze opatrzone były charakterystycznym dla owych czasów komentarzem w rodzaju: „Więcej bydła to większe plony z jednostki powierzchni”.

– Studia krajoznawcze prowadzę do dziś i ciągle mi się wydaje, że jestem w początkowym okresie uczenia się przyrody – mówił jeszcze rok przed śmiercią. Zwierzętom przyglądał się najczęściej w ogrodach zoologicznych. Przez lata robił oficjalną dokumentację dla warszawskiego zoo, wymyślił także używane do dziś logo. Aby obejrzeć gatunki, których nie było w Polsce, jeździł do Lipska, Berlina, Erfurtu. Jan Śmiełowski, były dyrektor zoo w Poznaniu, wspominał, jak pomagał ustawiać zwierzęta na wybiegu, by dobrze pozowały do rysunku. Były to dla niego znakomite lekcje nie tylko zwierzęcej anatomii, ale też ich zachowań.

Na papierze i tkaninie
W pracy twórcę wspierała żona – Irena. Była pierwszym krytykiem jego rysunków, ale również – jak przyznaje jego córka – wzięła na siebie ciężar zajmowania się domem. Pracy zaś było sporo, bo artysta zajął się również projektowaniem znaczków pocztowych i zapałczanych etykiet. Powstały serie znaczków z polskimi drzewami, które, jak mówił sam ilustrator, chciał przedstawić w czasie, gdy wyglądają najpiękniej. Bez wątpienia przy pracy pomogły mu „towpiki”, a seria została nagrodzona Wielką Nagrodą na Jesiennym Salonie Filatelistycznym w Paryżu. Ukazały się również znaczki z okazji 50-lecia warszawskiego zoo, w planach były kolejne. Niestety, nigdy nie powstały – artysta zmarł nagle 8 lutego 1981 roku w wieku 46 lat.

Jego ostatnimi pracami był cykl gobelinów oraz projekty intarsji o tematyce myśliwskiej. Projekty zdobyły pierwszą nagrodę (ex aequo) w konkursie zorganizowanym przez zamek wawelski. Jednak utkane zostały tylko trzy, i to już po śmierci artysty. Teraz o dokończenie prac stara się rodzina twórcy. Już udało się jej utkać inne gobeliny zaprojektowane dla zamku w Krasiczynie. Jednak z tymi wawelskimi sprawa jest trudniejsza, bo zachowały się tylko czarno-białe zdjęcia. Ale jeśli powstaną, obejrzymy w pełnej krasie ostatnie dzieła znakomitego twórcy, który w tym roku obchodziłby 80. urodziny.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Zdjęcia: Jerzy Szot

Wystawę „Baśniowy świat w ilustracjach Janusza Towpika” można oglądać do 26 czerwca w BWA – Galeria Zamojska w Zamościu i od 4 lipca w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. H. Łopacińskiego w Lublinie. Album „Janusz Towpik” kupimy na www.janusztowpik.pl

reklama
reklama
reklama