Przez wieki świadczyło o pozycji. Na krześle siadał faraon, król, potem możny pan. Od trzech stuleci jest bardziej dostępne. Ale nawet dziś sporo możemy powiedzieć o gospodarzu, widząc, jakie ma krzesła.

Dobre krzesła kosztują, a jeżeli widzimy ich sześć (a nawet dwanaście), to znak, że gospodarzowi nieźle się powodzi. Co znaczy dobre? Takie od renomowanych marek, jak nowoczesne Cantori i Bonaldo czy francuski tradycyjny Grange. Albo przynajmniej w markowych tkaninach: od Tricii Guild (mocne kolory), Pierre’a Freya (tradycyjne wzory) czy Ulfa Moritza (kosmiczne faktury tkanin). – Niesłabnącą popularnością cieszą się krzesła ze skórzanymi siedziskami, być może dlatego, że wydają się godniejsze – potwierdza Anna Wejksznia ze Studio Italia we Wrocławiu. – Natomiast dizajnerskie krzesła z polipropylenu najczęściej traktowane są jako dodatek – raczej nie staną przy stole.

Wróciła też moda na meble odziedziczone po babci. Ewa Jaworska, która urządza wnętrza, często kupuje krzesła z okresu międzywojennego na targu staroci. – Potem je przemalowuję na różne kolory, i dodaję współczesną tkaninę – mówi. Przykładów mieszania starego z nowym jest więcej. – W naszym salonie znajdziemy modele, które mają stylowo intarsjowane oparcie, a do tego siedzisko obite nowoczesną błyszczącą tkaniną – opowiada Anna Wejksznia.

Bezkrytycznie przyjmujemy zasadę, że do nowoczesnych wnętrz z ulubionym drewnem wenge czy orzechem wstawiamy krzesła w kolorze beżowym albo brązowym. Ale przecież nie zawsze musi być poprawnie. – Spodobał mi się pomysł naszej klientki, która zamówiła siedziska w dwóch różnych kolorach: z białej błyszczącej skóry i z czarnej wężowej – opowiada pani Ania. – Kiedy indziej zobaczyłam identyczne krzesła, ale niektóre obite tkaniną, a niektóre skórą – dodaje. Tutaj drobna dygresja: te same krzesła z różnymi siedziskami to dobry pomysł, jednak dobieranie mebli w jednym kolorze drewna, ale z różnych firm zazwyczaj kończy się porażką. Przede wszystkim dlatego, że trudno zgrać kolor.

Jeszcze inny pomysł podsuwa Ewa Jaworska. – Ja szyję pokrowce na rzepy. W razie czego można je uprać, a kiedy się znudzą, zmienić: latem na białe albo pasiaste, na święta założymy czerwone – podpowiada. – Pokrowce oznaczają dla mnie pełną wolność.

Kiedy wybierze już tkaninę, kupuje farbę, na przykład o odcień ciemniejszą, i maluje nogi mebla. Właśnie po raz kolejny robi w mieszkaniu rewolucję. – Były krzesła czarne, potem zielone, teraz białe. Nie wiem, czy przeżyją trzecią warstwę farby – śmieje się pani Ewa.

Tekst: Beata Woźniak
Fotografie: archiwa firm
 

reklama