Jeśli w drogę, to tylko z Vuittonem. W jego kufrach nawet porcelana potrafiła przetrwać ekstremalne podróże.


Gruchnęła wiadomość: Louis Vuitton rezygnuje z logo i słynnego wzoru damier (szachownicy). To odpowiedź na nowy trend, który pojawił się w świecie celebrytów: luksus ma być bardziej dyskretny, epatowanie nazwą marki jest passé, teraz firmę poznaje się po charakterystycznym fasonie i detalach znanych tylko wtajemniczonym.

Nowa kolekcja jednokolorowych torebek bez loga pojawiła się na razie w Chinach. Ale Vuitton planuje zmiany również w Europie. Ciekawe, co by na to powiedział założyciel tej najczęściej podrabianej marki świata (tylko jeden procent to oryginały). W końcu od 178 lat stylowa podróż kojarzy się ze splecionymi literami L i V.

Spotkanie pierwsze

Nic nie zapowiadało spektakularnej kariery. Louis Vuitton, wysoki i krzepki syn młynarza, nie umiał czytać ani pisać. W domu się nie układało, odkąd miejsce ukochanej matki zajęła młoda macocha. Chłopak miał 14 lat, gdy postanowił, że poszuka szczęścia w Paryżu.

Spakował płócienną torbę i ruszył w drogę. Był stajennym, tapicerem, chłopcem na posyłki, tragarzem, łatał ubrania, zbierał winogrona. Gdy po dwóch latach, w 1837 roku, dotarł do stolicy Francji, trafił na rue Saint-Honoré do pana Maréchala, który robił skrzynie podróżne. Ta znajomość przesądziła o jego życiu. Rzemiosło było w cenie, bo zauroczeni kolonializmem Francuzi masowo podróżowali do Indii. Pan Maréchal dał Louisowi wikt i opierunek, pokazał, jak pakować porcelanę i kapelusze, by nie zniszczyły się w drodze, i znalazł nauczycielkę, która nauczyła chłopca czytać. To rozbudziło ambicje Vuittona. Louis zaczął marzyć o pracy na własny rachunek. Widział, że świat przyspiesza, a ciężkie powozy zastępują samochody – kufry pana Maréchala nie zdawały już egzaminu. Vuitton postanowił produkować mniejsze, płaskie walizki z metalową obręczą, które ustawiało się jedne na drugich. Żeby zabezpieczyć je przed wilgocią, użył nieprzemakalnego płótna.

Spotkanie drugie

W 1856 roku Vuittona odwiedziła cesarzowa Eugenia. Pamiętała, że Louis zaczynał jako pakowacz i poprosiła, by dopilnował królewskich bagaży jadących z Paryża do Compiegne. Louis, korzystając z okazji, pokazał jej zaprojektowany przez siebie kufer ze schowkami na rękawiczki i wachlarze – monarchini była zachwycona i zamówiła cały komplet. Dzięki tak wielkiemu zleceniu Louisa stać było nareszcie na porządne atelier, z którego wkrótce wyjechały kolejne modele walizek – ich ścianki spinała bukowa listwa wzmocniona miedzianymi okuciami. Obroty poszybowały w górę.

Pojawił się jednak problem, który odtąd ciągle nękał firmę: kufry podrabiali brytyjscy producenci. Louis zaczął więc pracować nad trwalszymi materiałami i godzinami wypytywał słynnych podróżników, jakie rozwiązania sprawdzą się podczas ekstremalnych przygód. Sukces gonił sukces. Cesarzowa była jego najlepszym klientem i żywą reklamą – gdy kufry Vuittona zabrała na wyprawę do Afryki, już po dziesięciu dniach Louis odebrał zamówienie na podobne walizy od władcy Egiptu Ismaila Paszy – zaprojektował w nich przegródki, żeby Pasza mógł bezpiecznie przewozić przyprawy, za którymi przepadał. O Vuittonie dowiedział się świat.

Spotkanie trzecie

Tym razem w pracowni zjawił się brodaty jegomość w nonszalanckim krawacie. Nazywał się Auguste Bartholdi, był rzeźbiarzem i poprosił o zrobienie olbrzymich skrzyń. Miał w nich zostać przewieziony monumentalny pomnik, dar Francji dla Stanów Zjednoczonych. Louis nie wierzył w powodzenie całej akcji, ale nie odmówił. Kilka lat później w jego skrzyniach dotarła do Nowego Jorku Statua Wolności.

W międzyczasie wprowadził do firmy syna Georges’a. Chłopak zaprojektował m.in. przenośną miniszafę podzieloną na dwie części (w jednej mieściły się ubrania na wieszakach, w drugiej szuflady na bieliznę), a także słynny deseń w rozetki i logo firmy: splecione litery L i V – monogram powtarzany w nieskończoność na walizkach. Pod koniec XIX wieku butik na Champs Elysées był największym tego typu sklepem na świecie, miał filie w Londynie i Nowym Jorku. Louis powoli wycofywał się z biznesu. Ostatnim jego wynalazkiem był zamek do walizek – na kluczyk. Pomysł podsunął mu mechanizm zegarka, który dostał kiedyś od żony.

Spotkanie czwarte

A właściwie spotkania. Z aktorkami z Hollywood, które zamawiały kufry na balowe kreacje, z diwą operową Marthą Chenal, dla której powstał kuferek-kosmetyczka, z André Citroënem, który kufry Vuittona zabrał na Żółtą Wyprawę promującą citroëny na Dalekim Wschodzie.

W latach 50. Claude Vuitton, wnuk Louisa, opracował rewolucyjną technologię, która pozwalała produkować miękkie torby-worki (zdobione szachownicą). Francuzi dostali też torbę kierowcy na zapasową oponę.

Z początkiem nowego stulecia marka nawiązała odważne znajomości: w 2001 roku Stephen Sprouse zabawił się jej logo – wyglądało jak namalowane sprayem. A Takashi Murakami monogram pokolorował i pomiędzy litery L i V wrzucił wisienki. Wreszcie w 2007 roku w reklamie zamiast modelki wystąpił… Michaił Gorbaczow. Polityk jedzie w samochodzie wzdłuż muru berlińskiego. Na siedzeniu leży torba z charakterystycznym monogramem. Torba, która przetrwała upadek niejednego imperium.

Tekst: Monika Utnik-Strugała
Zdjęcia: Newscom/Star Stock, Bulls Press, BE&W, 1stdibs.com, Wikipedia.
Torebki Vuittona można kupić w Warszawie na ul. Brackiej 9.

reklama