werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

To nie tylko dom, ale też… miłosne wyznanie. Dla swoich twórców – Eileen Gray i Jeana Badoviciego – miał być pięknym zakończeniem bajki, gniazdem na długie, wspólne lata.

EILEEN GRAY
Jak na 19. baronową Gray, której przodkowie rzadko wyściubiali nosy poza pałace, Eileen miała mało arystokratyczny gust. Przepych budził w niej niesmak. Wolała skrajną prostotę, surowość i nowoczesność. Nie wiodła życia bogatej panienki. Zamiast zaliczać bale w oczekiwaniu na odpowiednią partię, wzięła się do nauki (malarstwo) i do pracy (projektowanie).

Zdobyła rozgłos dzięki autorskim meblom dekorowanym laką

Zaraz potem zaczęła tworzyć meble, które okazały się przełomowe. Krzesła Bibendum, Non Conformist czy Transat, sofa Lota, stół Double X stały się symbolami nowych czasów i zostały okrzyknięte przez krytyków „tryumfem nowoczesnego stylu życia”. Po takim sukcesie Eileen pewnie zostałaby przy projektowaniu wnętrz i mebli, gdyby nie miłość. W 1922 roku Jean Badovici, architekt i redaktor magazynu „L’Architecture Vivante”, przyszedł do jej paryskiego sklepu i natychmiast zakochał się nie tylko w awangardowych projektach, ale też w ich (starszej od siebie o 15 lat) autorce. A Eileen, choć do tej pory skakała z kwiatka na kwiatek (a przy tym wyraźnie preferowała panie, choć nie pogardziła okazjonalnym związkiem hetero), odwzajemniła jego uczucie. Badovici zasugerował jej, by spróbowała czegoś nowego – architektury. A że baronowa Gray lubiła wyzwania, zgodziła się bez wahania.

Jej pierwszym projektem był właśnie E 1027

E jak Eileen, 10 (J – dziesiąta litera alfabetu) jak Jean, 2 jak Badovici i 7 jak Gray. W nazwie domu kochanków jest po równo, ale przy jego tworzeniu to Eileen grała pierwsze skrzypce – Jean tylko pomagał przy technikaliach. I tak, w latach 1926-1929, na nadmorskim zboczu Riwiery Francuskiej powstał dom ikona. Prosty, oszczędny w formie, a przy tym niezwykle zmysłowy. Idealnie współgrał z otoczeniem – roślinami, morzem, słońcem i wiatrem – i zapewniał swoim mieszkańcom komfort. Był pełen niesamowitych mebli, stworzonych specjalnie dla niego.

Eileen, perfekcjonistka, pomyślała o wszystkim

O ogrodzie na dachu z miejscem do kąpieli słonecznych i kuchnią (składającą się z dwóch części – zewnętrznej i wewnętrznej). O małych oknach w sypialniach, przez które można obserwować fale bez wstawania z łóżka, i skomplikowanym systemie żaluzji pozwalającym dowolnie modulować natężenie światła i… przewiewu. O stoliku dla swojej siostry – amatorki śniadań w pościeli – który miał wysuwaną półeczkę na okruszki. O ruchomym barku do serwowania herbaty z korkowym blatem (żeby filiżanki nie stukały przy przewożeniu). W przeciwieństwie do guru modernistów, Le Corbusiera nie uważała, że dom to maszyna do mieszkania, tylko „żywy organizm (…) skorupa człowieka, jego przedłużenie, wyzwolenie, duchowa emanacja”.

Właśnie, Le Corbusier

Podobno kiedy po raz pierwszy odwiedził E 1027, od razu zachorował z zazdrości. Nie mógł uwierzyć, że tak wspaniałe, modernistyczne dzieło mogła stworzyć kobieta. Na dodatek debiutantka! Dom stał się jego obsesją. Odwiedzał go regularnie, na zaproszenie Jeana – swojego ucznia i wyznawcy. Eileen już w nim wówczas nie było – wielka miłość rozwiała się na początku lat 30. i panna Gray zbudowała dla siebie nowy dom kilka kilometrów dalej. Była zbulwersowana, gdy dowiedziała się, co Le Corbusier wyczyniał w E 1027. Wściekły, że to nie on zaprojektował tę wspaniałość, postanowił ją oznaczyć, przerobić po swojemu. Za przyzwoleniem Jeana biegał po domu nago (!!!) i „ozdabiał” białe ściany pstrokatymi muralami. Eileen nazwała jego poczynania „aktem gwałtu i wandalizmu”. Jakby tego nie było dość, Le Corbusier kupił działkę nad E 1027 i wybudował na niej własny, trochę toporny dom, który od tej pory góruje nad dziełem Eileen. W 1965 roku architekt utonął w morzu, u stóp obu budowli. Ciekawe, na którą spojrzał jako ostatnią?

E 1027 nie miał szczęścia do właścicieli

Najpierw Badovici pozwolił na wątpliwe ulepszenia Le Corbusiera, a kilka lat później, podczas II wojny światowej, niemieccy żołnierze urządzili w nim strzelnicę. Kolejni mieszkańcy niechętnie decydowali się na remonty. Ale najbardziej zaszkodził mu Peter Kägi – ginekolog z zawodu, hazardzista i narkoman z zamiłowania, który sprzedał większość oryginalnych mebli, zdemolował dom, a na koniec… dał się w nim zamordować. Potem E 1027 długo stał pusty. Do murali Le Corbusiera dołączyły nowe – namazane sprejem przez dzikich lokatorów. Dom był w tak fatalnym stanie, że prawie zapadła decyzja o rozbiórce. Na szczęście zamiast niej zarządzono remont. Długi, kosztowny, kontrowersyjny i wciąż nieukończony. Eileen byłaby wściekła, widząc, że chociaż wciąż nie udało się skompletować oryginalnych mebli (ponoć zamówiono kopie), to murale Le Corbusiera błyszczą się, jakby namalowano je wczoraj! W 2015 roku do kin wszedł film „The Price of Desire” („Cena namiętności”) o historii E 1027 i tria Gray–Badovici–Le Corbusier.

Więcej o projektach Gray: eileengray.co.uk

Tekst: Weronika Kowalkowska

reklama
reklama
reklama