To jest bajka dla bogaczy. Dom w wakacyjnym raju nad Atlantykiem. W kolorach piasku i oceanu.

Miejsce: Hamptons na Long Island. To malutkie kurorty i wioski dla pięknych i bogatych nowojorczyków. Wszędzie pełno willi i rezydencji za grube miliony dolarów. Jeśli nie trzeba stać w korku, w dwie godziny da się tu dojechać z Manhattanu. Przy odrobinie szczęścia w barze na plaży można zobaczyć Beyoncé, Madonnę, Gwyneth Paltrow i wiele innych sław znanych z dużego i małego ekranu.

Z atrakcji, które rzadko spotkamy gdzie indziej: przejażdżka łódką albo, bardziej ekstremalnie, nurkowanie nad największą w Stanach żywą rafą koralową. Jest też coś dla miłośników mocnych wrażeń: wizyta w oceanarium pełnym białych rekinów (Atlantis Marine World Aquarium) – rekinów ludojadów oczywiście. Wśród tych letnich kurortów znajdziemy m.in. Water Mill. Podobno jedno z najdroższych miasteczek na wyspie, słynące z młyna, który powstał w 1640 roku (dziś jest muzeum i lokalną atrakcją).

Właściciele: to właśnie w Water Mill rodzina bogatych nowojorczyków, nazwijmy ich umownie państwo Jones, urządziła sobie rezydencję. Rezydencję głównie na wakacje. Zażyczyli sobie od architektów domu luksusowego, wyglądającego na wiekowy, z europejskim klimatem we wnętrzach. Takiego, w którym odpoczną od życia w pędzie, do którego nie pasują sztywne garnitury i garsonki.

Rezydencja: gdy państwo Jones ją kupili, urodą nie grzeszyła. Posiadłość zbudowana została w latach 60. Brian Boyle, architekt, który ją przebudowywał, wspominał: – Dom wyglądał jak mały zamek ze spadzistym dachem. Ten z kolei przypominał kapelusz za mocno naciągnięty na oczy. Remont był konieczny.


Podniósł więc dach, dobudował przedsionek z kamienną podłogą, wyostrzył łukowate sklepienia i podkreślił je bielonymi cedrowymi belkami. Potem zaczęło się urządzanie wnętrz w europejskim stylu.

Na pierwszy ogień poszły ściany: nierówne, jakby nadgryzione zębem czasu, i wspomniane już, bielone belki – takie można spotkać w Prowansji. Potem podłogi – terakotowe jak w Toskanii. W końcu kolory podobne do tych, które lubią Norwegowie – miks różnych odcieni szarości i bladych niebieskich. Przypominających kolory piasku oraz oceanu.

Do tego wszystkiego obecne w całym domu olbrzymie kotary – czasem w drzwiach, czasem na ścianach. W kuchni też typowo południowy myk: zamiast drewnianych drzwiczek w szafkach lniane zasłonki.

Architekt Brian Boyle: – Dzięki tym zabiegom jest spokojnie, nawet kojąco. Dom nie przypomina świeżutkiej wili jak spod igły, ale ładnie starzejącą się rezydencję. Łatwo się zrelak-sować, a przecież o to chodziło właścicielom.

Państwo Jones: – Czy nam się podoba? Powiemy tak: od wielu, wielu lat wakacje spędzamy tylko tutaj.

Tekst: Robert Paulo Prall
Tłumaczenie: Katarzyna Sadłowska
Zdjęcia: Gianni Franchellucci/Zapaimages

reklama