Thomas mieszka po królewsku. I to dosłownie. Bo w drewnianym domu, który kupił nad morzem, spędzali kiedyś wakacje król i królowa Danii.

Drewniany dom nad morzem

Posiadłość w Dronningmølle, leżącą pięćdziesiąt kilometrów od Kopenhagi, kazała wybudować ponad sto lat temu królewska rodzina. Zażyczyła sobie, żeby dom był identyczny jak ten, który widziała na światowej wystawie w Oslo. Drewniany, bez zadęcia. Jedyną rzeczą upodabniającą go do wytwornych komnat pałacu Amalienborg były gotyckie okna. W najcieplejsze miesiące królewska para spędzała tu wakacje. Ale potem sprzedała go pewnej duńskiej rodzinie.

– Wychowałem się w Dronningmølle i jako pięciolatek obiecałem sobie, że jeśli będę miał pieniądze, kupię ten dom. Jak widać, marzenia się spełniają, bo piętnaście lat temu nadarzyła się taka okazja – opowiada Thomas.

 

Odnawianie stergo domu
Budynek od dawna stał pusty. Ostatni właściciel kupił go z powodu ziemi. Na duńskim wybrzeżu większość działek jest bowiem bardzo wąska, a ta wręcz odwrotnie. Gospodarz zamierzał zburzyć pamiątkę po królewskiej rodzinie i wybudować wzdłuż plaży nowoczesną rezydencję z oknami na morze. Na szczęście nie dostał pozwolenia, bo drewniany dom to zabytek, i stracił na niego ochotę – wspomina z ulgą Thomas. – Odkupiłem posiadłość, choć wymagała gruntownego remontu. Część drewna była zbutwiała, a działka tak zarosła, że zza dzikich krzaków nie było widać ani budynku, ani morza.

Pomogli mu architekci Tom Lundgard i Stig Marvits. Przy okazji zadbali o to, by w domu (dotąd letnim) można było mieszkać przez okrągły rok. Pomalowali go na czarno i biało – teraz wygląda identycznie jak sto lat temu.

 

Jak prosto urządzić wnętrze
Thomas urządził się tak, by wnętrza pasowały do widoku za oknem. Przeważają jasne kolory (biel, beże, barwy ziemi) i surowe spękane drewno, typowe dla stylu New England.

– Lubię czuć się swobodnie i chciałbym, aby tak samo czuli się moi goście. Lepiej nie wkładać w dom masy pieniędzy a potem trząść się, że biegające dzieci coś zniszczą czy ubrudzą. Nie mam telewizora, szklanych półek, kolekcji porcelany czy drogocennych bibelotów. Jedyne, czego byłoby mi żal, gdyby stało się coś złego, to cudem zdobyta na targu antyków w Helsingborg mosiężna luneta z 1820 roku. Gdy ją kupiłem, dosłownie skakałem z radości. Jest mi bliska nie dlatego, że słono kosztowała, ale dlatego, że codziennie obserwuję przez nią niebo i morze. To mnie odpręża.

Thomas wyjeżdża często i chętnie, ale nigdzie tak nie odpoczywa jak w domu nad morzem. – Tutaj zapominam o komputerze, zegarku, gazetach, telewizji. Idę na spacer po plaży. Po drodze kupuję na targu pyszne warzywa, sery i ryby. Niedaleko, w parku zwanym Rusland (Rosja), znajduje się muzeum niezwykłego artysty Rudolpha Tegnera, a ja uwielbiam jego rzeźby. Nie ma mowy o nudzie, tu zdarzyć się może wszystko – opowiada. I wspomina, jak pewnego ranka zobaczył maszerujące wzdłuż plaży trzy słonie. Wrócił do łóżka, policzył do trzech i znowu podszedł do okna. Zwierzęta nadal maszerowały. – Myślałem, że mam omamy, tym bardziej że dzień wcześniej odwiedzili mnie znajomi i kosztowaliśmy sporo trunków z różnych stron świata. Szybko się jednak okazało, że niedaleko zatrzymał się cyrk Benneweis i słonie po prostu wyprowadzono na spacer.

Tekst i fotografie: Jesper Ray/ House of Pictures
Tłumaczenie: Renata Barańska

reklama